bezimienne
to czego szukam
jest tutaj
czasem przemknie
przez cichy korytarz
jest bezszelestne
i przezroczyste
być może
ominie mnie łukiem
i odejdzie
w inną stronę
barwy
dni opadają z liśćmi
zielony liść żółty czerwony
drzewo bez liści
pościel zmięta
i myśli czarne
przewracają się z boku na bok
barwy szarzeją
na granicy
znowu wymyka mi się
pierwszy wschód słońca
o zmierzchu
paraliż
noc uczepiona stóp
jak ćma lgnie do światła
rozbudzonych latarni
w kleszczach ulic
zgarbiona postać
odgania się od psów
idziemy dalej
przez pomruk kamienic
bezsenność bram
nie ożywiamy słów
zaułków
naszych wierszy
pozłacane
gdzie brak zaufania
tam fundament kruchy
obolały
zatrute ściany
złoto na cienkiej nitce
pęka
i staje się mitem
nie jest już tak doskonałe
obnażone
zmienia się w popiół
jak opowiedzieć
kartka wciąż śpi
sącząc teraźniejszość
myślę o tobie i o tym
jak nas opowiedzieć
może zacząć od środka
(wnętrze jest wypełnione
czystą myślą)
albo od źdźbła trawy
co przetrącone przez wiatr
układa się na ziemi
nigdy nie potrafiłem
pisać o miłości
ani ona o mnie
freski pamięci
w samotnym domu
bardziej doceniam
jaśniej patrzę
oczy błądzą po pokoju
jak szelest wyobraźni
składając ślady jej obecności
nie ma w nim
przypadkowych szkiców
to dopiero pierwsza noc
co będzie
gdy odejdzie na dłużej
na ulicy Prozy
kochają przez ścianę
która im niesie
długie smutne wieczory
na Prozy
karą za zbrodnie jest cisza
duszne powietrze
dłonie szukające domu
światełko w trawie
poza nim kwiaty
obrazy
ujadanie myśli
kolejny raz
wiatr zdmuchuje płomień
"na zawsze pozostaniesz
w naszych sercach bracie"
mury zostały uciszone
matkę jak co dzień
łapią skurcze wspomnień
ten wiersz
ten wiersz powstał z krwi
czerwonej jak maki
i ciepłej jak pocisk
ten wiersz jest
pierwszym i ostatnim słowem
z ust niemowy
ten wiersz napisał się sam
gdy nie było już
czego bronić
myśli zebrane
stwórzmy nas w wierszach
skrytych
za wachlarzem rzeczywistości
opiszmy instynktowne ucieczki
jak spojrzenia
i nierealną opowieść
powróćmy do słów
które
milczeniem zaklinają chwile
pozwólmy nam słuchać i kochać
bo i tak
spotkamy się w epilogu
wątek poboczny
1
krzesło nic nam nie powie
ani się nie obrazi
wytrącone z równowagi
wszystko przemilczy
nie wychyla się
zna swoje miejsce
trzeba zrozumieć
gdy uciążliwie skrzypi
nogi już nie tak sprawne
jak za młodzieńczych czasów
wiele zniesie
w końcu lepiej mu tutaj
wśród innych krzeseł
2
stół pragnie być podziwiany
rozsiada się ostentacyjnie
rozpychając łokciami
czasem mruczy pod nosem
o złym zachowaniu
cichych igraszkach pod blatem
wtedy czerwieni się i kryguje
bywa samotny
gdy wyraźnie mu czegoś brak
3
szafa jest skrzynią tajemnic
skrytą dla innych przedmiotów
milczy i nasłuchuje
głęboko pod kurzem cieni
chowa dramaty
ile by dała by się nimi podzielić
jest naszym stróżem-zagadką
ciemną stroną i jasną
kiedy otwarta na innych
nigdy nie zdradzi
PS
ukradkiem spoglądają
udomowione lasy
wrośnięte w nasze korzenie
jak w ziemię
będąc świadkiem
wszyscy go znają
choć rzeka ust
nie wylewa już słów
smutne spojrzenia
kradnie nam chłopak
z iracką zmarszczką na czole
skuli mundurem
by przyozdobić w dojrzałą pozę
wyrwali matce beztroskę
– zabiłeś już kogoś?
wstał i zamknął za sobą świat
granice
jak długo można
przekraczać linię
nie gubiąc jej
siedzę i piszę
myśli trzymają się
zmiętej bieli
jedynie strofy
spokojne
przykucnęły na kartce
kiedyś eksplodują
i przestaną być
wierszem
odjazdy
czernieje
ile mi pozostało siebie
powietrze gęstnieje
coraz trudniej oddychać
samotność wwierca się
znów sprzedaje
kalendarz
przybite do ściany dni
zachodzą na siebie chwilą
dzisiaj jeszcze żywą
cela
w miejscu uwięzionych
za prętami deszczu
piorun tnie powietrze
łata niebo z ziemią
zakłada miastu szwy
na uboczu
milknie szczekanie psa
w cieniu człowiek
jak świat
szeroki i obcy
bezwennie
kartka ziewa
przeciąga się
zakłada piżamę
nastawia wiersz
na szóstą trzydzieści
lustro
po drugiej stronie
nie ma światów
o których piszą poeci
może to nawet lepiej
popatrzeć czasem
na innego siebie
|