poeci.com | O mnie | Rodzinna | Ekobieta | Index WWW | Muzyka
Lucyna Siemińska

BALLADA O ZŁĄCZONYCH LOSACH


na motywach pożaru w Paryżu w 1718 r.

z żaru rozpaczy płomyk wzniecony
światło ma znaleźć drogę
mały ogarek w chleb zagnieciony
opuszczony na wodę

na rzece stały statki ze sianem
tuż niedaleko mostu
buchnęły ogniem wcześnie nad ranem
zgodnie z wyrokiem losu

pożar zagarnął i most i statki
nie uchroniła woda
pękło z rozpaczy też serce matki
została tylko szkoda

a ty sekwano wciąż dalej płyniesz
jakby nie stało się nic
straciła dziecko w twojej głębinie
nie miała już po co żyć

winna pożogi czy winna śmierci
petit pont nad sekwaną
kobieta rzeka duet niewieści
zawsze razem zostaną


ŚLADAMI PODĄŻAM

Jeszcze starożytna agora
tętni hałaśliwym nawoływaniem
brzękiem glinianych dzbanów
wypełnionych po brzegi
słońce południa przegląda się
w wodzie i winie w misach
pełnych dojrzałych owoców.

Jeszcze wiatr rozwiewa
szaty Sokratesa stare znoszone
wypłowiałe modzie na przekór
ponoć nie one zdobią
wszak przeszkadzają niektórym
może nawet samej
Atenie Partenos na Akropolu.

Odwróciła głowę z niesmakiem
chyba nie słyszy słów ironii
echem uśpionych w kamieniach
potem już tylko w Wieży Wiatrów
logicznego dążenia do prawdy
cnotliwą drogą sumienia
aż po kielich cykuty.

Jeszcze przysiądę na chwilę
poprawię rzemyki sandałów
dotyk dłoni zostawię na wieczność
grosz sofistom na szczęście rzucę
i słowami Norwida
o twoją winę zapytam
wciąż nie rozumiejąc dlaczego.


ETIUDA

byłem młody jestem
może jeszcze kiedyś będę
wbrew metryce i datom na przekór

myśl wciąż skłonna do buntu
stroi się niczym ladacznica
w skrzydlate pióra
przesiąknięte lawendą i dziegciem
pląsami podlotka flirtuje
z wariacją własnego odbicia
w złotej czarze saksofonu

drgają światła i cienie
nabieram powietrza głęboko w płuca
jakbym znów chwytał wiatr w żagle
czule przygarniam wygładzam
dotykam drżącymi ustami
raz jeszcze gram tamtą melodię
tylko dla ciebie



NIEPRZEBRZMIAŁE ECHA

wieczór w Pompejach
cieniem wulkanu się ściele
porośniętego oliwkami i winoroślą
wiatr cicho zawodzi w kolumnadach
wymiatając z atrium piach

dzisiaj pusto na forum
w amfiteatrze tylko wolne miejsca
spektakl gwałtownie przerwany
krzykiem grozy zapisał się w twarzach
na wieki

tańczący faunie
ty znasz zakończenie

kiedy zastygły jęzory ognia
dziko stężałe w żądzy niszczenia
tuman popiołu wypełnił szczeliny
jednym dachem nad miastem się zamknął
by już nigdy więcej

na kamiennej bryle
podciągam kolana pod brodę

Pliniuszu przeczytaj list
raz jeszcze



POPOŁUDNIE NAD KANAŁEM

kaczki podpływają tak blisko
wystarczy gest jakbyś dzielił się chlebem
tam za wodą wciąż jest lotnisko
lecz inne ptaki szybują pod niebem

szare skrzydła rozpięte nad nami
błyszczą dumnie w rzece jak w lustrze
kiedyś chcieliśmy być lotnikami
w dziecięcych marzeniach o jutrze

dzisiaj razem stoimy na brzegu
wygarniając z torebki suchary
a przed nami kaczki w szeregu
za plecami szumi dąb stary



PUZZLE

skrzypnęły schody pod ciężarem snu
z kątów pokoju wypełzły chochliki
rozrzuciły myśli w nieładzie

teraz trzeba po jednej w całość
wybierać tylko właściwe
wygarniać brakujące spod łóżka

najważniejsze i tak są ostatnie
tylko wtedy wiadomo
że wszystkie na miejscu

kurz grubą warstwą
rozsiadł się na fortepianie

nie musiałeś mi tego mówić
księżycu



PÓŹNYM WIECZOREM

pochylam głowę nad kuchennym stołem
do końca dnia zaledwie parę chwil
jeszcze tylko pióro w kałamarz
by spisać myśli i kleks po drodze
kalendarz gubi kartki zbyt szybko

za oknem wiatr potrząsa brzozami
bezlitośnie zerwał z nich złote sukienki
sosnom na dekoltach pozawieszał perły
między latarniami granatowa noc
spięła szal broszką z księżyca

nie odchodź przecież do rana daleko
jeszcze zdążymy wypić razem kawę
nie szkodzi że ziewając przywitamy dzień
gdzieś koło południa przecież to listopad
tyknięciem zegara powraca czas


POD OCHRONĄ

nie patrz na mnie dziwnie
siedzę tak przecież od lat
właściwie prawie wrosłam
w piąty kąt pokoju
jak nieprzestawny mebel

antyków nie dotyka się palcami
stoją w muzealnych gablotach
lub pod warstwą impregnatu
więc obejmij mnie ramionami
i trochę lepiej chroń


PARKOWE ALEJKI

październikiem rozkwitają klony
jarzębina czerwienią uwodzi
w złotym słońcu jaśnieją korony
a pod nimi starzy i młodzi

liściom wiele do tańca nie trzeba
oddech wiatru i słowa szeptane
jesień tuli troskliwie drzewa
mgłą okrywa wcześnie nad ranem

klucz dzikich gęsi niebo otwiera
między chmurami znaki wolności
jesienny bukiet po drodze zbieram
w ciepłych kolorach namiętności


KONTRASTY

w cieniu drzew przed klasztorną furtą
dłoń wyciągnięta po jałmużnę
a w niej grosz co skórką chleba
w głodnych oczach nadzieją goreje

zgarbaciałe plecy pod łachmanami
wpół złamane niby spróchniała gałąź
na kosturze starości podparte
przeciw grawitacji i łzom

wrzuć monetę
pochyli się jeszcze niżej
zakołysze na boki cicho zamruczy

wrzuć monetę
może z ręki pomyślność wyczyta
życzeń modlitwą obrzuci

wrzuć monetę
grosz na szczęście na los niepewny
znaczony życiem i grą


MODLITWA

wiem że proszę
wciąż proszę
o tak wiele

westchnieniem ust
spojrzeniem spod myśli
cztery kroki w stronę przepaści
o dwa za dużo

nie dojdę tam przecież nigdy
nie przekroczę progu paranoi
na granicy zostanę
bez paszportu

więc uratuj mnie
tylko uratuj
przed sobą


DRUGI KONIEC KIJA

siedzi licho tuż pod płotem
rzuca w przechodzących błotem
i zaciera z werwą łapki
kiedy trafi w pompon czapki

na wyzwiska i pogróżki
tylko mocniej tupią nóżki
rozbryzgując błoto wkoło
gdy się zmarszczy komuś czoło

jedzie drogą ciężarówka
na liczniku prawie stówka
błota deszcz opadł na licho
teraz siedzi grzecznie cicho


NOWOROCZNIE

uchyliłam lekko
nie skrzypnęły tym razem
sen rysuje się spokojem na twarzy
czas odpływa w nieświadomość
mierzony oddechem

na zegarze północ
fajerwerki gdzieś wysoko
pojaśniały nad głowami
z dzikim świstem pofrunęły
prosto w niebo

w gwiezdnym pyle
księżyc usiadł na kominie
i szampańsko zmrużył oczy
znowu upił mi z kieliszka
spory łyk


OD CZEGOŚ TRZEBA ZACZĄĆ

rozsypały się
bez hałasu i bez znaczenia
skalnym zboczem potoczyły w dół
jak gwałtownie zerwane z szyi
korale

strzępki nici
gnane podmuchem wiatru
mocniej wplotły się we włosy
powiązały w supły
resztki marzeń

składam konstrukcję od nowa


Widok twój chłonę

Lubię patrzeć na twoje dłonie,
Gdy kroisz chleb
I gdy podlewasz pelargonie.
W papilotach, w różowym szlafroku
I kiedy naga
Przytulasz się do mego boku
A włosów kaskada
Miękko na ramiona spływa,
Jak w zachodzie słońca
Fontanna prawdziwa
Uczuć rozbudzonych pieszczotą dłoni,
Spojrzeniem oczu,
Uśmiechem znad pelargonii.

BORDEAUX ROCZNIK NIEWAŻNY

myślałam że nie umiem
pisać więcej o miłości
za mało słów i późno już

a ja wciąż rozlewam
wino w dwa kieliszki
jeden dla mnie drugi dla ciebie

walentynki wracają wspomnieniem
ust rozgrzanych czerwienią
szronem na rękawiczkach

byłeś wtedy tak blisko
i świat kołysał się cały
wznosząc toast za miłość

wypijam dziś za nas dwoje


Niebo nad slonecznikami

zgasiłam papierosa
zbędną żarówkę
iskry w kominku
w szafie pustka
nie ma drugiego dna

serce puka tak cicho
niepokojem targane

nad dzbanem się pochylę
parę łez nie wypełni brzegów
zaceruję kieszenie
by nie chować rąk
krzyżykami wyhaftuję
drogę do altany

niebo nad słonecznikami
jak dawniej


WALENTYNKI I LIZAKI

nie zamykaj
to tylko płatki śniegu
przysiadły na rzęsach

na chwilę
zanim rozgrzeję oddechem
ustami scałuję

w oczach szukam roziskrzenia
tam niebo schroniło się
przed mrozem

poprawiam płaszcz
z kieszeni dwa serca
odmierzone patykiem

podaję na dłoni
teraz wiesz że landrynkami
smakuje miłość


Na werandzie

Grzeszę bezsennością
czerwcowych nocy nasyconych
wonią maków i truskawek

słucham opowieści o skrzydlatych elfach
wiatru tchnieniem szeptanych
wśród świerkowych igieł

nad sztalugami noc
rozciągnęła płótno granatem i czernią
księżyc zagląda do szklanki piwa
wąsy z piany ukradkiem ociera

może zostanie na dłużej
miejsca wystarczy dla dwojga

migotanie gwiazd nie wróży pomyślnie
wielki wóz odjechał już dawno.


Z NOTATNIKA PASAŻERA PKP

mieszkam na dworcu od wczoraj
w poczekalni peronu czwartego
czas odmierzam komunikatem
z megafonu

opóźniony pociąg przyspieszony...

nie sprawdzę wskazówek zegarka
trochę dłużej popatrzę na twarze
których potem już nigdy więcej
nie zobaczę

ulotność chwili
logika słów pozornie sprzecznych
kondensacja znaczeń w oczekiwaniu
na kolejne otwarcie

drzwi
znów tylko tory i semafory
przyśpieszony opóźniony pociąg
do nikąd



Stwórz własną stronę w serwsie poeci.com

ACTON | Wirtualne kartki | Muzyczna.com| Ogłoszenia | Dla webmastera | Katalog stron | Program Partnerski


Wyślij wiadomość e-mail
Twój
e-mail:
Treść: