* * * (jeśli burze)
jeśli burze zakłócają odwieczny spokój
a gromy biczują ciało ziemi
wiedz
że o północy
ku czci twojej pochylam się
i składam strofy modlitw na pożarcie
twojemu cieniowi
* * * (zacząłem Ciebie czytać)
Żonie Zosi
zacząłem Ciebie czytać gdy
zza firmamentu koronek ujrzałem
smukłość Twoich wierszy
zapragnąłem wtedy dosięgnąć tej boskości
dokonać analizy
rozebrać i przybliżyć
zdania
wyrazy
oddechy
postanowiłem także zdjąć z ciebie
zaklęcie pierworodnego pokalania
byś nadal pozostała dla poety
grzechem
* * * (to ona)
to ona
zaraz po mojej śmierci
nauczyła mnie rozróżniać istotę
zżeranego przez robactwo ciała
a najzwyklejszego snu
to ona wyprowadziła mnie z domu rozpusty
do krainy w której tak czy owak
bardziej pragnąłem jej zmysłowej kobiecości
ale pragnienie to było niestety nieosiągalne
jak pejzaż z okna pędzącego lotem błyskawicy ekspresu
po odzyskaniu przytomności dowiedziałem się
że często odwiedzała mnie w szpitalu
a te w białych czepkach
nic nie wiedząc śmiały się
z dziwaczki w cierniowej koronie
że wpadła z trędowatym
poetą
Embrion
gdy serce z niepewnością zaczynało czynić cuda
fale krwi zalewały
nie wykształcone jeszcze usta
ani krzyczeć ani żądać pomocy
tylko jak najprędzej i byle dalej uciec
w cień gniazda grzechoróbstwa
nieraz próbowałem obrać
właściwą drogę ucieczki
w każdym przypadku czekała na jej końcu
nie broniłem się
a skrępowany samym sobą z jej przyczyny
pozwoliłem już na całego
wejść w ślepy zaułek
labirynt nowo narodzenia
Telefonogram
drgnąłem
gdy najzwyklejszy w świecie telefon
zakłócił nagle melodyjność ciszy
zrzuceniem słuchawki próbowałem przerwać
drażniący uszy potok dźwięków
nadaremnie
tylko Ona
jak zwykle w takich okolicznościach
opanowana
poderwała się i jednym skinieniem ręki
ostrymi paznokciami zanotowała coś
na swoich subtelnie wyrzeźbionych
biodrach
przeczytałem ten
przekrwiony tekst
i na odwrocie
dopisałem najkrótszy anonim
wybacz mu
przerwał życie jeszcze jedną
obowiązkową obecnością
* * * (kiedy zniknęłaś gdzieś)
* * *
kiedy zniknęłaś gdzieś
jak wystraszone dziecko przed karą albo
wyjechałaś ukradkiem na wczasy
zamarłem
wybacz to zwątpienie
przecież każda marna istota
opuszczona przez swego stróża
skłonna jest do robienia głupstw
ja także niczym
planeta której nagle zabrakło gwiazdy
zagubiłem swoją orbitę
dopiero uderzenie głową w krawężnik
sprawiło że stałaś sieponownie
moim zdeformowanym ja
* * * (jak kazałeś)
jak kazałeś
udałem się do świątyni
i mimo że nie dane mi było przekroczyć progów
ujrzałem Ją
z wrażenia
nie potrafiłem a chciałem
zdobyć się na desperacki krok
bycia szczenięciem
którego prowadzałaby na długie spacery
lizałbym z wdzięczności
Jej usta
panie daj mi być
chociaż przez chwilę
Jej grzechem
* * * (jak nigdy)
jak nigdy nie poznałem siebie
Twój cień zawsze przesłania mi wszystko
szaleję
i w niepewności czekam na znak
gdy inni doczekają na
przewóz pracowniczy
upuść chociaż np.
kostkę do gitary a ja
podniosę ją i oddam do rąk własnych
uśmiechasz się
twierdzisz że to najzwyklejsza samica
jakich wiele w twoim stadzie...
o Panie
kocham twoje stado
* * * (och jak podsłuchiwali)
och jak podsłuchiwali pod bramą
piekło było zamknięte
gdy
po raz pierwszy
zaśpiewałem pieśń
miłośnicy sensacji
najpierw pojedynczo później parami
dołączyli się
jedynie Ona
najurodziwsza z pocieszycielek
przerażona rozhisteryzowanym tłumem
uniosła ku niebu ręce i
niczym wilczyca pozbawiona samca
zażądała ofiary
i wtedy w jej oczach ujrzałem swoją
zagubioną tożsamość
* * * (prom zakotwiczył)
prom zakotwiczył
rzuciliśmy się szturmem
z trudem posiadłem upatrzone miejsce
biegłem na złamanie karku pozostawiając za sobą
ślady żywych jeszcze przed chwilą istot
przecież zawsze w takich przypadkach dominuje
prawo pięści
ułożyłem się wygodnie i patrzyłem
tak
to Ona
zamarłem gdy po wylądowaniu zbliżyła się
dostrzegła właśnie mnie
łaskawy los dał mi możliwość powitania
w imieniu ludzkości
ambasadora niebios
spojrzała
odruchowo obejrzałem się i
oprócz mnie zobaczyłem
siebie
* * * (na wezwanie)
na wezwanie szedłem
z opuszczoną głową
jak nakazano nawet skarpety
przetarły się a buty ironicznie
wystawiały na pieskie życie języki
błądziłem z zamkniętymi oczami
we dnie i w noce słońce świeciło
w pustą torbę
wytrzymałość ludzka nie zna granic
więc szedłem na wezwanie aż stopą
o coś zahaczyłem
wtenczas
przestałem milczeć chociaż nakazano
nie szło o nic szczególnego
- cieknąca krew?
(tę zawsze można wymienić)
- ból?
(można znieczulić)
głos?
tak to on mnie ścigał
szept pielęgniarki
* * * (już na powitanie)
już na powitanie dano mi z saturatora
ocet i
poczęstowano świstem pejcza
budowaliśmy piramidy
by zadośćuczynić wielkomałym
za czyje grzechy
postanowiłem uciec raz jeszcze
w ostateczność
na oślep i bez biletu
odjechałem pierwszym lepszym pociągiem
wyrzucono mnie oczywiście
bez żadnych środków do życia
i
ponowna decyzja – powrót
w grupie łatwiej przetrwać
odwróciłem się
a rozbiegani po pustyni handlarze wołali
cytrynada w woreczkach!
niestety nie miałem już sił na rozwarcie
zamurowanych gorącym piaskiem
ust
a była to ostatnia szansa przed
rozdrobnieniem
* * * (jak kocham Stwórcę)
jak kocham Stwórcę
tak zimny płomień ogrzewa
zziębnięte istoty naszego świata
równo złożone obok siebie
i czekające na potknięcia których już być nie może
ludzie tylko potrafią inaczej myśleć
zaliczając ich błędnie do
ostateczności
wiem jednak
że nadejdzie czas
w którym przez wciśnięcie klawisza
zmartwychwstaną
i ogłoszą wszem i wobec:
dość żartów
czas umierać
* * * (już mnie nie ma)
już mnie nie ma
ukryłem się wśród was
złośliwi twierdzą:
śmierć w 33 roku życia
o niczym nie świadczy
może to i prawda ale wiem że
tym samym jestem
w odpowiednio skategoryzowanej rodzinie
wiem również
że po wspięciu się szczyt
lecę w dół jak kamień Syzyfa by...
zacząć życie od urodzenia
* * * (zamknąłem nawet oczy)
zamknąłem nawet oczy
by nie oglądać tego wszystkiego
nie pomogło
nad zrozpaczonym ogniskiem
wiłem się obejmując
coraz mocniej zmieniające się w popiół
ciało ladacznicy
rozgorączkowaną głowę ogarniał chłód
przypominał rozhisteryzowaną kobietę
przykładającą resztkami sił kompres
ostatniemu z mężczyzn
nieprzytomne nerwy nie reagowały
denerwowały tylko języki
przygodnych wędrowców
dopiero później odkryto
że krwawa ciecz
zalała jeszcze jedną nie zmaterializowaną myśl
* * * (jako pierworodne dziecko)
jako pierworodne dziecko miłości
falsyfikat prawie wiedziałem
że nikt nie jest doskonały
wbrew tym którzy twierdzą
że są lepsi gdyż go spotkali
i tym którzy przysięgają swą czystość
po ucałowaniu jego stóp
nadal błądzę
na rozdrożu zdezorientowanych myśli
szukając lepszego siebie
jezus chryste
jak to strasznie boli być ciągle
ulepszanym
* * * (zamilkli)
Rodzicom Marii i Janowi
zamilkli
po prostu
nie życzyli sobie
a ja stanąłem
zupełnie nagi w drzwiach
uśmiechnąłem się gdy zwrócono mi uwagę
ktoś dla ostrzeżenia walnął mnie w mordę
wtedy
jak przystało na noworodka zakląłem
zaocznie skazano mnie na...
przydzielili nawet
Anioła-Matkę Ojca-Stróża
by pomogli mi przezwyciężyć
strach przed życiem
za to kocham Anioła Stróża
* * * (wyszedł)
Edwardowi Zymanowi
wyszedł na śpiącą ulicę
i dokonał czynu
z którym od dawna się nosił
nienawidził fałszu czerwonych aniołów
które podkradały sobie zdjęcia porno
śpiewały sprośne piosenki wesołych domów
klęczały by szybciej osiągnąć piedestał
wyszedł więc i nie powrócił
spotkałem go kiedyś
wśród ludzi
w Kanadzie
* * * (otrzymałem)
otrzymałem
miejsce i bilet na ekspres
jakże mi zazdrościli
nikt nie wiedział że dzięki znajomościom
umożliwiono mi spacery
po peronie niepokoju
szeptali zawistnie wytykali palcami
chcąc także osiągnąć próg układów
z zawiadowcą stacji
gdy jednak nadjechał oczekiwany pociąg
nie miałem już sił by zająć wskazane miejsce
zobaczyłem tylko koniec ostatniego wagonu
a dzień był najcieplejszy w roku ponieważ
czułem na sobie
zimne słońce
* * * (tym razem)
tym razem bez żadnych złudzeń
porozrzucane gromnice mówiły
że poprzednicy wybrali kandelabry
odważnie i bez skrupułów zacząłem
to samo
wcale nie trudno w chaosie wejść na
świecznik
dzisiaj z perspektywy czasu stwierdzam że
z tego wszystkiego
najłatwiejszy jest
na zbity pysk
upadek
|