Babskie gadanie
I tak sobie myślę arbitralnie znosząc
twoje racje w mojej głowie brzmią
jak kastaniety
i wpadają w myśl jak światło
wpada przez rozety
do kościołów myślę sobie
jeszcze palisz jointa
a mnie w głowie tli się jasno
kaskadowa pointa!
w oczy patrzę ci jak łowca
chociaż już nie wierzę
mówisz „tyle myśli latających
w tobie
między kęsem chleba a tomikiem Plath…
ile między
piecem a Bogiem
jest miejsca
wytrwałością a szczytem
Tatr!
dogorywasz, złotko
przeciągnąwszy strunę
po języku
bo cór Kierkegaard’ a
tyle, że
dać na odstrzał
i cóż, że w tym jesteś
tak słodka i tak
uparta…?
bytka albo
niebytka
imponderabilia
jeden stan więc czy warto
ględzić
konwulsyjnie o prawdach
które zaraz utoną
w ściętej krwi
z twoich białych
lędźwi…?”
Metamorfoza
W moim przeczuciu alter ego rozrzuciłam dla siebie posłanie z martwego zwierza na którym wyłożyłam wszystkie swoje racje i wyprasowałam koszule
potem gdy przyszedłeś byłam całkiem naga a w imbryku parzyło się
znów, naturalnie
Samotność
Odchodzę
W dół
I powoli...
Trzymając się ręką poręczy
Na schodach
Zostawiam rozdarty
Sweter z pajęczyn
Wkradam się cicho
I znikam
W samotnym domku
Z wikliny
A w głowie spokój
I jeszcze...
motyle, muszle, cekiny
Moja ulubiona gra
„And I’m losing ma favourite game”
Nina Person
Za czymś patrzysz uparcie lecz za czym?
nie wiem choć to szukanie oznacza
schizmę dla mnie i rozkład
dokoła
w beznamiętnym odruchu
czy zdołam?
iść do końca. i to jest pytanie
które ciąży jak bagaż
a na nim
siedzisz ty i jak on
wspomnień pełny
oto kończy się gra ulubiona
oto kończę gdy jak na
gokardzie
w dół chcę pędzić do mety a
jednak_ _ rozbijam się na starcie
dzisiaj wiedzieć chcę tylko jak można
przegrać nagle z ogranym tak
mocno
- z tym umysłem i ciałem
w grze - wrogiem
i z nim spać. i się nagle
ocknąć!
z głupiej wizji za późno po
której
na nic to, że jak
ciało astralne
krążę skoro żyć
chciałam a
tutaj
jestem z węgla. i serce mam czarne
oto kończy się gra ulubiona
oto kończę gdy jak na
gokardzie
w dół chcę pędzić do mety a
jednak_ _rozbijam się na starcie
Złote miasto
Złote miasto w nim
kot się nagrzewa
chłodny świt ci przynoszę
jak mewa
Ranne skrzydło spokojną
muzykę
Świt rozpraszasz bo wieczór już
nowy
ranne skrzydło z ramienia mi
strącasz
Jak kurz blady z płyt
winylowych
jak z pajęczyn splątanych
pająka
Głośne ptactwo o skrzy-
dłach anielskich
„Na co mi”- szepczesz cicho i
ziewasz
okulary zakładasz nie
patrzysz
jak pokracznie wzlatuję
do nieba
Krajobraz
brzegi urwane przetarte płaszcze
podbite ziemie
rozwiązłe wstążki sukienki tkane
przewlekłą grypą
krople najgęstsze wpadają w usta
i piaskownice
i świeci słońce padają strzały
zamki
się
sypią.
Dyktando
Bo ze mną tak nie wolno
uwilczyć się i zasnąć
okłaczyć mi sukienki
wylizać mi nadgarstki
rozszczepić myśli moje
i w żółtym oku pieścić
Bo tak nie wolno ze mną
przebijać się pazurem
przez chrzęst ugryzień miększych
uszczypnięć twoich-zbiegłszy
rozsierdzać się w zarodku
nie wolno kiedy pazur
czarny i wygięty
śpiewa o cudzie
Zdjęcie
Zapętlony krzyk
i oddech
w miękkiej wełnie
świt zmierzwiony
dzban spełniony ciszą
z gracją
w obie się kołysze
strony
mówisz dałbym
gwiazdę zatem
daj
na krótko
potem zabierz
zanim zdąży zrzucić
ciężar
w futro z lisa
i jedwabie
nim zwietrzeje czas
tak nagle
jak kształt w sepii
się
rozpłynął…
gdy wzbroniłeś jej
choć chciała
przeminioną być dziewczyną.
Białe panny
Od progu dajemy znak
odejścia
leczymy się z nadgodzin
koty ziewają a szczury
z podłogi
nikt więcej nie przychodzi
kurzu na dłoniach
nie wycieramy
błyskotki chowamy
o dziwo
zbieramy się razem
w zmurszałych kawiarniach
bezwiednie sącząc
piwo
rządzimy jednym
zetlałym bytem
co nasze-niepodzielne
my białe łabędzie
o szyjach złamanych
na zawsze sobie
wierne
O mojej poezji
Moja poezja jak bojaźń
Zdradliwa
Przedziwna łąka
Na której w kwiatach ciemnych
I jasnych
Kot się zabłąkał
Jak stado ptaków
Zgarniętych w
Całość
Poduszek z pierzem
Jak nieskończone
Rozkojarzone
Nocne pacierze
Moja poezja jak stado słodkich
Świetlnych
Szerszeni
Jak pies łagodny
Który nie usnął
Na chwiejnej ziemi.
(Raj)d
Zasnuty zielenią grymas
chowam go po
kieszeniach
smutny słowik na dłoni
wyśpiewał im co chcieli
kwiaty w cylindrze
dla ciebie
chodźmy tam gdzie wzrok
i gdzie słuch
zastygła kawa
nad którą można się zakochać
chodźmy tam
gdzie lwy jedzą z ręki
gdzie noc pod nogami
i słońce
chodźmy tam tylko
zachowuj się
normalnie
Pnącze
Rozmyte liście na bramie mrozu
samotne matki do
ściany lgną
drobne dziewczęta prosto na zero
po chłodnej lianie
w górę się pną
po tamtej stronie rysują
drzewa
i w czasie innym kradną ze snu
sukienki kruche
lekko pomięte
jasne i wąskie
z miękkiego lnu
wykrętne mapy ich wspólnych
starań
nadzieją cierpką
żywi się głód
małych złodziejek
co prą na zero
drzewiastym pnączem
w przód wciąż
i w przód
|