Księga gości | O mnie | bydgoska grupa poetycka | | |
Joanna Gładykowska

Babskie gadanie

I tak sobie myślę arbitralnie znosząc
twoje racje w mojej głowie brzmią
jak kastaniety
i wpadają w myśl jak światło
wpada przez rozety
do kościołów myślę sobie

jeszcze palisz jointa

a mnie w głowie tli się jasno
kaskadowa pointa!

w oczy patrzę ci jak łowca
chociaż już nie wierzę

mówisz „tyle myśli latających
w tobie
między kęsem chleba a tomikiem Plath…
ile między
piecem a Bogiem
jest miejsca
wytrwałością a szczytem
Tatr!


dogorywasz, złotko
przeciągnąwszy strunę
po języku
bo cór Kierkegaard’ a
tyle, że
dać na odstrzał
i cóż, że w tym jesteś
tak słodka i tak
uparta…?


bytka albo
niebytka
imponderabilia
jeden stan więc czy warto
ględzić

konwulsyjnie o prawdach
które zaraz utoną
w ściętej krwi
z twoich białych
lędźwi…?”


Metamorfoza

W moim przeczuciu alter ego rozrzuciłam dla siebie posłanie z martwego zwierza na którym wyłożyłam wszystkie swoje racje i wyprasowałam koszule
potem gdy przyszedłeś byłam całkiem naga a w imbryku parzyło się
znów, naturalnie



Samotność

Odchodzę
W dół
I powoli...
Trzymając się ręką poręczy

Na schodach
Zostawiam rozdarty

Sweter z pajęczyn

Wkradam się cicho
I znikam
W samotnym domku
Z wikliny
A w głowie spokój
I jeszcze...

motyle, muszle, cekiny


Moja ulubiona gra

„And I’m losing ma favourite game”

Nina Person



Za czymś patrzysz uparcie lecz za czym?

nie wiem choć to szukanie oznacza

schizmę dla mnie i rozkład

dokoła



w beznamiętnym odruchu

czy zdołam?

iść do końca. i to jest pytanie





które ciąży jak bagaż

a na nim

siedzisz ty i jak on

wspomnień pełny



oto kończy się gra ulubiona

oto kończę gdy jak na

gokardzie

w dół chcę pędzić do mety a

jednak_ _ rozbijam się na starcie



dzisiaj wiedzieć chcę tylko jak można

przegrać nagle z ogranym tak

mocno

- z tym umysłem i ciałem

w grze - wrogiem



i z nim spać. i się nagle

ocknąć!





z głupiej wizji za późno po

której

na nic to, że jak

ciało astralne

krążę skoro żyć

chciałam a



tutaj

jestem z węgla. i serce mam czarne





oto kończy się gra ulubiona

oto kończę gdy jak na

gokardzie

w dół chcę pędzić do mety a

jednak_ _rozbijam się na starcie





Złote miasto

Złote miasto w nim
kot się nagrzewa
chłodny świt ci przynoszę
jak mewa

Ranne skrzydło spokojną
muzykę

Świt rozpraszasz bo wieczór już
nowy
ranne skrzydło z ramienia mi
strącasz

Jak kurz blady z płyt
winylowych
jak z pajęczyn splątanych
pająka

Głośne ptactwo o skrzy-
dłach anielskich
„Na co mi”- szepczesz cicho i
ziewasz

okulary zakładasz nie
patrzysz
jak pokracznie wzlatuję
do nieba


Krajobraz

brzegi urwane przetarte płaszcze
podbite ziemie

rozwiązłe wstążki sukienki tkane
przewlekłą grypą

krople najgęstsze wpadają w usta
i piaskownice

i świeci słońce padają strzały
zamki
się
sypią.






Dyktando

Bo ze mną tak nie wolno
uwilczyć się i zasnąć
okłaczyć mi sukienki
wylizać mi nadgarstki
rozszczepić myśli moje
i w żółtym oku pieścić

Bo tak nie wolno ze mną
przebijać się pazurem
przez chrzęst ugryzień miększych
uszczypnięć twoich-zbiegłszy

rozsierdzać się w zarodku


nie wolno kiedy pazur
czarny i wygięty
śpiewa o cudzie

Zdjęcie

Zapętlony krzyk
i oddech
w miękkiej wełnie
świt zmierzwiony
dzban spełniony ciszą
z gracją
w obie się kołysze
strony

mówisz dałbym
gwiazdę zatem
daj
na krótko
potem zabierz
zanim zdąży zrzucić
ciężar
w futro z lisa
i jedwabie


nim zwietrzeje czas
tak nagle
jak kształt w sepii
się
rozpłynął…

gdy wzbroniłeś jej
choć chciała
przeminioną być dziewczyną.


Białe panny

Od progu dajemy znak
odejścia
leczymy się z nadgodzin
koty ziewają a szczury
z podłogi
nikt więcej nie przychodzi

kurzu na dłoniach
nie wycieramy
błyskotki chowamy
o dziwo
zbieramy się razem
w zmurszałych kawiarniach
bezwiednie sącząc
piwo

rządzimy jednym
zetlałym bytem
co nasze-niepodzielne

my białe łabędzie
o szyjach złamanych

na zawsze sobie
wierne










O mojej poezji

Moja poezja jak bojaźń
Zdradliwa
Przedziwna łąka
Na której w kwiatach ciemnych
I jasnych
Kot się zabłąkał

Jak stado ptaków
Zgarniętych w
Całość
Poduszek z pierzem
Jak nieskończone
Rozkojarzone
Nocne pacierze

Moja poezja jak stado słodkich
Świetlnych
Szerszeni
Jak pies łagodny
Który nie usnął
Na chwiejnej ziemi.






(Raj)d

Zasnuty zielenią grymas
chowam go po
kieszeniach
smutny słowik na dłoni

wyśpiewał im co chcieli
kwiaty w cylindrze
dla ciebie

chodźmy tam gdzie wzrok
i gdzie słuch
zastygła kawa
nad którą można się zakochać

chodźmy tam
gdzie lwy jedzą z ręki
gdzie noc pod nogami
i słońce

chodźmy tam tylko
zachowuj się
normalnie

Pnącze

Rozmyte liście na bramie mrozu
samotne matki do
ściany lgną
drobne dziewczęta prosto na zero
po chłodnej lianie
w górę się pną

po tamtej stronie rysują
drzewa
i w czasie innym kradną ze snu
sukienki kruche
lekko pomięte
jasne i wąskie
z miękkiego lnu

wykrętne mapy ich wspólnych
starań
nadzieją cierpką
żywi się głód
małych złodziejek
co prą na zero
drzewiastym pnączem
w przód wciąż
i w przód


















Stwórz własną stronę w serwsie poeci.com

ACTON | Wirtualne kartki | Muzyczna.com| Ogłoszenia | Dla webmastera | Katalog stron | Program Partnerski


Wyślij wiadomość e-mail
Twój
e-mail:
Treść: