Księga gości | O mnie | Strona autorska | | |
Natalia Bilska

ironia gutenberga

podobno wielka idea mieszka w krzakach —
już nie pachną tuszem ale dalej tłumią widok
i gryzą palce
tak chętne tak nie do życia pełzną wzdłuż sztachet
czepiając się tych kilku zdobień których
nie zdążyły obtłuc dzieciaki z sąsiedztwa

a przecież sens jak dawniej stoi kolumną koryncką
i liczy lata —
tak daleko frontowej bramy
można jeszcze przystać na banał

co się dzieje? nie odpowie stróż nocny ani tabliczka
nie deptać zieleni ani nawet przestrzeń między jednym wersem
a drugim
kolejny niepotrzebny patos i trochę nadziei na wódkę
którą stróż zostawił przy słowie epistemologia
być może bez żadnego podtekstu

bezpopielec

obawiam się że nie stać mnie na popiół
nawet bez gruszek — to nie moje palce bez kolejki
sięgają po resztę

nie do twarzy mi w siwym i wolę sznurować buty
gdy stopa podniesiona nad poziom kominów
nigdy przy ziemi

innych

to nie znaczy że nie szanuję może tylko
mieszam kolory i kształty z własną podstawą czaszki
z której pijam szampana

szkodzi ale już nie wypada kończyć napiwkiem
i tak rozpoznają kpinę pustej kieszeni więc może

w inną środę pokonam schody ruchem
niepewnie złożonym z kawałków skruchy

po poręczy w dół


pieta

rzucają się z gwoździami i cień przybijają
do kawałków lustra
kurczy się i wije jak myśl tuż przed świtem
albo rozciągnięte na blacie ciasto nagiego ciała

nie zabiją tylko zagrają — a ty w takt!
na trzy-czwarte lub sześć-ósmych
kolebie się czas powieszony na żądle zegara
nogi splątane w węzeł gordyjski
przecina rozkaz

żeby uciec trzeba by odkopać wolę
która gnije głęboko pod ziemią
ale łopata nie leży w dłoni wolnej od widma pęcherzy

na lipie przydrożna kapliczka
patrzy z góry

święty antoni sczerniały od wielozim i wiatrów
w oczach ma tylko drewno a między fałdami szaty
korniki ryją labirynt bez końca i bez początku

w łazience

środek rzeczy to nie kula idealny kształt
zawieszony na krawędzi wymiarów
ale podłoga łazienki
zimne kafle chłodzą czoło nabrzmiałe brakiem myśli
a między nimi cisza jak na szczycie
gdy uszy zatyka ciśnienie i podmuch wiatru

jest człowiek w sobie sam ze swoim
kawałkiem świata który mieści się na paznokciu
z racji braku łebka od szpilki
a zresztą anioły spłukuje się tak dobrze
jak szampon może nawet lepiej

to niedużo zahaczyć głową o sedes i prosić
o deszcz
mógłby przynieść ulgę spieczonej ziemi
szamanowi dając pretekst do tańca
zębów wyplutych a przyrośniętych do dziąseł
uporem pątnika

gdy ostatni zlew ratunku wymyka się z dłoni
zostaje tylko odbicie obcej twarzy
pospiesznie wytarte ręcznikiem a na pocieszenie

kawałek szarego mydła


prośby telemacha

na marginesie odysei


spójrz synu nestora już na gładkiej toni
eos różana tańczy ku chwale
egidodzierżcy
spod jej stóp pryskają krople
czas mi więc do itaki skierować dzioby
lotnych okrętów

wypuść mnie z objęć
przykryj kielichem skrzydlate bóstwo
już pora
rozkaz sowiookiej córy zeusa jest święty
jak święta jest ziemia ojca mego dziedzina
szarpana przez obcych

muszę działać umysłem przeniknąć nieznane
dorównać temu co mnie spłodził
wiem
ale jak przerwać nić którą snuje
pięknowłosa macierz łucznika zrodzona z piany?
jak zamienić puchar na błysk ostrza?

odepchnij! każ zaprzęgać konie agrobójcy ulej
ostatnie krople wina jak obyczaj każe
przyjacielu
od ciebie zależy moja sława los itaki
i pieśni trwalsze ponoć niż mury z kamienia

odpechnij...! bo z własnej woli
nie odejdę
a obaj wiemy co czeka tych którzy nie udźwigną
wyznaczonej przez bogów zbroicy tytana


średniowieczny sen

od karku w dół niedopowiedzenie
zwisa słowo z gałęzi
bez języka
wyrwali dla psów kłębowisko myśli
czyha teraz na strzępy
i sens ukryty we włosach

obrus pleców na nich ślady wina
minstrel składa opowieść
z kamieni
ton uderza o gotyk i chciałoby się objąć
przycisnąć do twarzy wieżę kościoła
tak pełną jaskółek

w dłoniach ofiarny młot rozbija treści
sypie się metafora jak pył
na twarde plecy świątków
między palcami koronki prosto z gandawy
trochę jabłek i pęki łaciny zdrapane
z ołtarza

mój sen śni się w budce cygana
na wyciągnięcie ręki

od średniowiecza do twojej twarzy
dwa pacierze
i boczna nawa z tryptykiem

karawele

lubię te dłonie a nie znam
bardziej do liny niż pióra
pachnie sól

nie w miejsce nie w czas!
stara prawda poety co rozbił
instrument o kant
stołu

wierzę

nie dla tych dłoni
kapliczka nauki
nie psalm
nie chór
nie dzwon

skóra brązowa jak bęben
i twarda wygrywa rytm
palce pieszczą drewno steru

lubię te dłonie a nie znam
bardziej do szabli niż pióra
pachnie proch

pójdzie na dno złoto kupca
i diabeł bardzo mały
w butelce

nie w miejsce nie w czas
nie tu!
nie ta kartka papieru
co zamiast bezmiaru tusz

pokład stołu w niełasce
i nie widzisz piszący
że za ścianą

tam karawele na dnie
słowa


Spotkanie

list do St. Przybyszewskiego


Było prawie, wiesz, jak w "Paonie"
choć nie Kraków, a tam w kącie
nie Wyspiański, lecz inny gość.

Milczące tony wygrywał
długi jak wieszak pianista,
a noc wygrałaby także,
gdyby nie as treflowy w pończosze.

Patrzyłeś zza świecy trochę pijanej
szopenizując słowa.
Nad głową aureola gotyku.
- La boheme, tak dźwięcznie
kufel piwa i bez końca, bez końca żyć!

Szmer rozmowy co wiruje
w przestworzach śmieszny patos,
potem gorzka komedia.
Dwa dramaty zamarły w pół słowa
i uciekły.
- Nie dogonisz, niebo zbyt nisko,
a ziemia? Ziemia to tylko sen.

Pianista, choć go nie było,
bez końca pieścił klawisze
i wiedziałam, że słyszysz liniami
tak daleko od moich barw.

Smutny szatan nad książką
zamówił wódkę, potem drugą
i trzecią.
Nie miał już skrzydeł.
- Wszystkie -izmy i -logie, to bujda!
Nie słuchaj!

Nie słuchałam.
Czas się toczył po barze kulką
do gry. Jak w bajce,
ale po drugiej stronie, tej, gdzie
brzydkie kaczątko i głupi śmiech.

Było prawie, wiesz, jak w "Paonie".
Nie pamiętam, może nawet myśli
te same.
Zza świecy pijanej - la boheme!
i całkiem przebrzmiały mit.

Ten pianista, ten długi jak tyczka
do dna wychylił ostatni dźwięk
i zniknął.
Zostało tylko niebo;
żebra Stwórcy zaklęte w gotyk.

pierwotny

niepokój zaskwierczał w żarówce
spojrzeniem w okno zedrzeć
skrzydło ćmy
śledzić błędne ogniki
co kiedyś na manowce
a dzisiaj sobie tylko na zgubę
płoną między szprychami roweru

cień bez postaci nie dlatego
że podwórze bauera równy haft
i w ustroniu wspomnienie dzwonnicy

cień bez postaci z latarnią
kołyszącą się w rytm wisielca
na sznurowadle wiatru

coś we mnie z tego dębu świętego
jak ucieczka
wir niedomyślenia w tańcu
wyznawczyń wina chrzęst
bransolet i kości

za skrzydłem ćmy wieniec
spleciony ślepiem cerbera

nie śpię czekam ofiary
mówi i światło gaśnie
na chwilę



między klepsydrami

krawcowa przyjmie uczennicę żeglarska trzy
schodami w górę dance macabre manekinów
zapukaj a wpuszczą do sieni
zakład kamieniarski dobry fach w rękach
poniemieckich kamieni nie zniszczy byle gałąź —
to haft krzyżykowy w dłoniach panny ireny błyszczy igła
rwąca jak potok liter

msza odbędzie się w piątek
pogrążona w smutku rodzina kolejna steinbrunnówna
wzdycha szewc
długie wąsy w oknie firanka powiesił się nad ranem
żeby jeszcze usłyszeć turkot mleczarskiego wózka
i krzyk gazeciarza pomoorska gazeta pomoorska
nabrzmiała na skroni żyła i belka poczerniała
od ostatecznej kpiny

zatrudnię służącą odsprzedam kapelusz w dobrej cenie
premiera miłostek studenta z genialnym kellerem
w roli głównej tam cała śmietanka gdyby tylko suknia
miała mniej łat a buty całe podeszwy
poszłabym
może trochę zszargana opinia ale w oczach szkiełka żyrandoli
musi wystarczyć światła na długie wieczory
gdy zapach kapusty miesza się z datami
kolejnych porodów

*

między klepsydrami łydki kolana rozbite od powideł usta
hemoroidy i krew cieknąca po wewnętrznej stronie uda


tryptyk antyczny

uczta

powietrze gęstnieje od wina
i rozmów z samego krańca rzeczy
uśmiech kiprydy odbity w kielichu
jak błędny ognik
wabi
na krótką chwilę ożywia postacie z mozaiek
zmusza do tańca cienie


na inwektywy katulla

bo widzisz mój drogi nic tak nie orzeźwia
jak kawał mięsa rzucony w popiersie
z marmuru
wtedy nawet cycero schodzi z mównicy
żeby odmoczyć pęcherze
a ja zamiast liter widzę błysk furii
w dobrze znajomych źrenicach



neron akademicki

niestety nie nosisz już togi
włosy ahenobarbów pełzną po skroniach
szukając rzymu w najmniejszym wgłębieniu
twarzy
w kącikach ust drzemią pieśni
ale to cisza uderza w puste szeregi
krzeseł głuchych na słowa



geometria

obłożyli mną kwadrat blacha rozdziera skórę
trzeba zszyć zanim konsument odkryje bubel
produkcja chińska materia niknie w palcach
ale tanio!
jak tanio można kupić jeden z kolorów tęczy
i dobrać klapki torebkę okulary jak z filmu
o gangsterach i dobrym gliniarzu z dzielnicy

kozłów ofiarnych

przetarty na łokciach żołądek nie ten co trzeba
chociaż baba mówi że pierwsza klasa
i ślicznie mi w niebieskim że te oczy —

że gdybym chciała to pierwsze strony gazet
oczywiście w nowej bluzce
warto dołożyć trzy złote i cieszyć się

parą świeżych myśli

wciągnąć na stopy i wtulić palce w ptasi puch
ptasie mleczko zagryźć
rozszarpać na strzępy etykietę co genezą sięga
stodoły pana józka i jego marzeń
o prawdziwie europejskiej butelce wódki

nie kupujesz? to idź w diabły!
a trójkąty koła nawlecz na sznurek i odłóż
taki trik że niby umyślnie i wcale —

wcale nie dojdę do bramy między straganami
noga ręka ucho i zaplątane w sobie
tak bardzo kolorowe

nici




powroty

trudno się wraca z kałużańskich wieczernic
po pas w świetle latarni
gdy między rikszą na bakier wpada w oczy
melodia dzwonków

mrówcze miazmaty mrzonek — to liście!
jeden jak kwiat przy kożuchu nietoperzy niebo
i płynie w diabelskim młynku wprost
do kubka po kawie

jeszcze osad — to rubens to caravaggio
i pachnie świeżym płótnem
po palcach ściekają grube krople jesieni
na bruk

tu nie ścinali królów tylko szary fresk
gołębi
zanurzona w tuszu łapa kota i beczka
na której okrakiem władca gospody
z wieńcem na ciężkiej głowie

powrót trochę na lewą nogę
ugięty w łokciu listopad

powrót z rudawą czupryną i nosem
utkwionym w gwiazdach

ach jak trudno wraca się z kałużańskich wieczernic
po pas w świetle latarni
gdy pod nogami oddech miasta
a nad głową skrzypce basy stroi

cygańska kapela


cieleśnie o historii

pełzną wzdłuż boków serpentyny
szlaczki rzeźbiąc w ciele
chrząszcze
chrzęst stawów od kciuka po piętę
w długich austrowęgierskich butach
marsz
a trąbka w tle o kochanku co nie wrócił
i kwiatach wplecionych w warkocze

długie długie nogi czuję na skórze
jak stepują obrót i skok
chrząszcze
tłucze się we mnie olbrzym
ten z legendy a może z baśni
i między palcami wypalone miejsca
po kulach szwedzkiego najazdu

coraz wolniej bo ciało ze smoły
toną aż po czułki
chrząszcze
nie ma powrotu z mostu tylko
dwie cebule zostawię na jutro
przez ramię aż po udo tango
owadzich skrzydeł

jak blisko jak cieleśnie!
pod paznokciem i w ciepłej jaskini ucha
trwa czystka mitów
i dymy czuć jeszcze dymy!

ostatnich kuchni polowych





w palcach miasto

rewers fotela szary jak liść
który gniotę w palcach
już nie pomoże na skaleczenia babka
krwawnik wdeptany w dno autobusu
melisa wypita przed snem
na pohybel problemom

teraz za oknem wisła popielna
płaczka rozdarta na pół przęsłami mostu
patrzę między hieroglifami deszczu
miasto
brodę opiera na dłoniach
i chyba tęskni za średniowieczem —
wystrzałem gotyku w niebo

zamknięte od środka
na haczyk

chałupa

chałupa kończy się na kolanach
kręg za kręgiem traci kręgosłup
chociaż w oknie jeszcze białocień firanki
i doniczka fiołków

chałupa kończy się między deskami
okiennic
i na nic już nie czeka

czasem tylko czyjś wzrok przypomina
obrośnięty przez wino ganek
i kubek herbaty —

słońce szybko gaśnie w szybach
dziurawych jak sito


intruz

on nie nasz! od ogrodu kroki
i strach
drzwi zamknięte? nie szkodzi
przez szczelinę jak mgła między atomami
stopę
nie zdążą!...

już skrzypi podłoga z kamienia
mysz naznaczona pazurem
kota ucieka w fale

on nie nasz! już na schodach ciszę
ściska za gardło
minuty depcze podeszwą jak świat
i kona spokój za piecem

tam mieszkał bóg koszule schły na kaflach
i środek rzeczy —
tam harmonia za uszy klamrą do sznura

ale bez znaków bez liter
ognia śpiewu
on

i prysło szkło talerza
tego na stole pod świeczką
dla przybysza

i całość spłynęła woskiem
zgasło światło obrus
we łzach

__ __ __

on nie nasz
nie mój


niebiańska bacówka

na niebiańskiej bacówce
pęka płaszcz i gubi guziki

jeden spadł tu

słyszę śpiew to o janicku i łączce
pachnie wino gawędą smarują chleb
to o drodze co gubi początek
a końca szuka w całkiem mulistej rzece

zdrowie! krzyczą czyste słowa
w czyste kieliszki
nie zabraknie opowieści w ścianach drzemią
miesza się rum i cisza taki drink

na niebiańskiej bacówce
pęka płaszcz to z gorąca
łkają skrzypki

hej a z góry w morze wypływa
piracki bryg i widzę starą szantę
wplecioną w żagle

ktoś zakrył guzik dłonią
wiruje

już idź! popycha przecież nie chcę
bo słyszę pieśń o dawnym krakowie
ten śmiech połyka bracką
całkiem jak z piosenki
mokrą
pozdrowisz? pozdrowię!
w środku zmieści się więcej niż tylko sen

na niebiańskiej bacówce
pęka płaszcz zrośnie się szybciej
niż zdążę przyszyć guzik


czaro-baby

a chyrzanić to wsio! ja nie palę
tę świeczkę daleko pan weź
bo popiół to w środę a w poniedziałek
kieliszek wódki
tylko troszeczkę jak główka szpilki
na której tańcuje stado szatanków
aż pióra lecą spod kopyt do samego nieba

a chyrzanić! powiedział mi józik
że w czerwcu tylko nadepnąć chochlika
a chochle pieruny korportery zefiry
same zstępują w dym i robią co im każesz
nawet babę przywiodą w pierzynę
do pierwszego kura

zapieje drugi i trzask-prask!
zza mietły białe szczury ogony w warkocze
jeden drugiemu zaplata
potem już tylko czekać bicia dzwonów
a kościelny jak na złość przy studniej
dziewki podgląda

a chyrzanić! jeszcze pan nalej
czary? z czarostwem takie micyje
że ślepia czerwona za kuflem
i kapliczka wielka jak broda świętego rocha
aż w oczach się troi

żal tylko nocobaby i kościelnego
co przy studniej pewnego razu
pannę kościstą uwidział
tak błysła goleniem nadobnie że na łeb
na szyję za nią w dół polecioł
pewnikiem straszy jeszcze w wilię
świętego jana i pod spódnice
jak dawniej dziewkam zagląda

od spodu widać dogodniej



ja dezerter

ha ha ha to nie trup!
to na źdźble trawy
kołysze się major zwątpienia

żeby jeszcze w boga
w kościół powszechny
z kogutkiem na dachu
w sens istnienia
_ _ _

ale nie nie w stronę wielkich
trawa nagina grzbiet
do dna pije soki w tej kosmicznej
spelunie i pali jednego za drugim

z drzewa sznur kawał gliny
wrak dawnych pojęć:
że jest cel
że litera
że dla siebie i innych
że przecież nauka
_ _ _

ha ha ha głos z głębi wanny
zardzewiałej jak samo zło

jakie to śmieszne panie majorze
gdzie rozkaz? gdzie mapa?
gdzie ten cały blichtr wtłoczony
w pobudkę?

trąbka grzmi nie dla mnie
ja dezerter
uciekam nocą bo tak wypada
na nogach buty robespierre'a
i gnój

ja dezerter nie szukam poezji
tylko pajda chleba z głupią nadzieją:
że jest cel
że litera
że dla siebie i innych
że przecież nauka
_ _ _

ja dezerter
z głową pod
nóż



Stwórz własną stronę w serwsie poeci.com

ACTON | Wirtualne kartki | Muzyczna.com| Ogłoszenia | Dla webmastera | Katalog stron | Program Partnerski


Wyślij wiadomość e-mail
Twój
e-mail:
Treść: