poeci.com | O mnie | Poethicon | | |
Beata Kalińska

CYKL WIERSZY CIESZYN - LONDYN - BOSTON - lipiec 2007

* * * *

Cynamonowa kawa
czekoladowi ludzie
i mleczne psy

myślałam
że to koniec zabawy
ale pocałunki kochanków
w metrze
jak piórka cukrowej waty
osiadły mi na ustach

zamknęłam oczy
i krakowski księżyc
w śmiesznym meloniku
przeleciał mi nad głową
jak wariat

* * * *

Londyn wkradł mi się do wiersza
przez ciekawską szybę

patrzyłam jak przepływa
przede mną korowód ciał

tysiące zerwanych głów
z kruchych łodyżek baśni
tysiące stóp

poczułam jak przepływa
przeze mnie czas

kradnie błyszczące kamyki
i połysk skóry

zostawia srebro we włosach
i sny wciąż zdziwione
że to już



Szachownica

Czarny biały
biały czarny
który pionek
a który król

gdzie koń
gdzie wieża
gdzie stół

przesuwają sie
skaczą

szach
szach

i nawet
gdybym była
ręką Pana Boga

pokorny mat
mógłby tylko
zawisnąć w powietrzu

niedokończony
jak mgła


W bostońskiej katedrze

W kościele sklep
w kościele bar
w kościele dzieci
bawią się w świat

kurz ściele się
delikatnie jak mgła

wszędzie napisy
Jezus said
Jezus said

a Jezusa
od dawna
tu nie ma

* * *

W magicznym ogrodzie
bawimy się w teatr

każda grządka to scena

jabłonie rozkładają ręce
w tanecznym geście
przygarniają świat

lawenda z miętą
niczym stare kumoszki
wybierają fiolety z komody

poziomki udają
małe pocałunki
zgubione gdzieś w trawie

a magnolie
chorują na nostalgię
gubią płatki
i boli je głowa

czosnek z cebulą
kłócą się i godzą
wciąż od nowa

i tak toczy się życie
w ogrodzie Houghton Hall

Cmentarz w Bostonie I

Wśród zdziczałych nagrobków
armia siwych pokrzyw
w spłowiałych mundurach
trzyma swoją wartę

pokrzywy bronią
pokrzywy tulą
pokrzywy są
na dobre i złe

ludzie
niekoniecznie


Cmentarz w Bostonie II

Tutaj czas zawisł
między drzewami
podartą pajeczyną
z tysiącem drobnych oczek

przez które umarli
przetykają swoje oddechy

powietrze kruszy się
w palcach
jak stare srebro

nad ranem
zachodzi słońce

* * * *

Bostoński młyn
nad kanałem
na starych żarnach
miele sny

pobiegłam zeby zobaczyć
worki pełne
okruchów fantazji
i ludzkich spraw

ale on nastroszył
skrzydła jak kogut
i sypnął mąką
dla niepoznaki

wtedy Grzesiek powiedział
chodźmy stąd
bo jeszcze
nam coś spadnie
na głowę

W celi wieziennej kobiety, która otruła męża arszenikiem /Lincoln,XIX wiek/

Czy podająć mężowi truciznę
zaglądała w oczy kochanka

jakie miała sukienki
pragnienia
sny
o tym kroniki milczą

przykrótkie łóżko
i stary koc

a potem długie umieranie
z twarzą Boga
odwróconą do ściany



* * * *

Mój świat
nie szyty na miarę
ma za ciasne rękawy

uciekają przez nie
w popłochu
niedokończone dni
niedospane do końca noce

Mój świat
nie szyty na miarę
ma przepastne kieszenie
wciąż pachną w nich
pierwsze stokrotki
i drobne okruszki mydła

płona ogniska oczu
a księżyc zapuszcza włosy
i gra na grzebieniu
jak łotr

i wszędzie magiczne szkło
z rozbitych butelek
przez Dżina

mój świat nie szyty na miarę
z fastrygą smutnego wiersza
jest cały mój
kiedyś świetlisty anioł
zdejmie go ze mnie lekko
jak śmieszną kapotę
bez znaczenia

Miniaturka

Na krakowskim rynku
w Bostonie

co jest malutki
jak kropelka

stoi niejaki Herbert Incram
niczym wieszcz Adam
z grubą księgą pod pachą

wokół gardłują gołębie
odwiecznie spragnione
cukru

i tylko kwiaciarek
nie widać

chyba że siedzą
gdzieś w szparach
pomiędzy kamieniami
bezrobotne

* * *

Katedra w Lincoln
urzeka tajemnicą

tu czuje się Boga
w organach
murach
sercu

zapaliliśmy świece
na piasku

poprosiłam o zdrowie
bliskich
jak biedak
o kromke chleba











Podróż

Płyniemy bezdrożami
po stole z chmur

w naszych oczach i ustach
więcej nieba niż ziemi

uciekają na boki
wąsate ścierniska
jak ogromne chusty
rzucone w horyzont

za ostatnim zakrętem
czas rozlał sie jak mleko

Turnau śpiewa
o średnich miasteczkach

na czterech kółkach
toczy się bajka

Podróż II

Kapuściane głowy
z przydrożnych zagonów

zielonkawe piłki
rzucane pod koła

strach na wróble
opuścił portki do kolan

upał chwyta za gardła
niczym młody szczeniak

włóczykij horyzont
kładzie się na plecach

patrzy niebu z bliska
najbezczelniej w oczy

ono zawstydzone
białe chmury woła

i tak ziemia z niebem
bez końca sie droczy

W Skegnes

morze zacisnęło usta
nie chciało wypluć
miodnych bursztynów
i strojnych muszli

prychnęło zazdrośnie pianą
i skrzypnęło piaskiem

pieszczotliwie wybierałam
z ziarenek
pogubione włosy morszczynów
żeby je udobruchać

pod wieczór
zazieleniło się przyjaźnie
i pomachało statkiem
na pożegnanie

Wieża w Lincoln

Krętymi schodami biegłam
jak aktorka niemego kina
coraz szybciej i wyżej
aż po szyję poręczy

na szczycie
niebo zaczęło się huśtać
i spadac mi na głowę

przytuliłam się mocno
do wieży
i niczym płochliwa kochanka
uciekłam w dół
jak przepióreczka

* * *

Ulica parska życiem
jak koń

trzepocze żaglami sukien
i kusi gorączką ciał

głośne smiechy i krzyki
toczą się kołami aut
od świtu po noc
ol rajd
ol rajd

i tylko siwe łodygi starców
jak statki z papieru
kołyszą się
od brzegu do brzegu

ulica wstrzymuje oddech
by za chwilę
ruszyć z kopyta
galopem

* * * *

To już ostatni
rzut oka na Boston

katedra jak wyniosła lejdi
podpiera strop nieba

w kanale płyną zużyte dni
których nikt nie chce przymierzać

pranie na sznurze mówi
że liczy się tylko to co teraz

pożegnań uczymy się całe życie
najgorliwsi z nas
całą wieczność

W parku

Zagapiłam się na tej ławce
na amen

aż trawnik pokazał mi język

podniosłam oczy
a obok dziarsko przeszedł Gość
w zielonym chlebaku z płótna

wypisz
wymaluj
Sted

może wyciął dziurę
w płocie zaświatów
i znów wędruje
po manowcach

siostrze

Wrzuciłam za ciebie
grosik do sadzawki

zebyś rozpuściła
skrzydła swoich włosów
i wrześniową porą
wzbiła się do lotu
jak dzika gęś

kiedy dołączysz do klucza
zadzwoń

to ci powiem
co tam u nas słychać

i czy od Beskidów
ciągnie się muzyka
i czy jawor szumi
jak zawsze


Stwórz własną stronę w serwsie poeci.com

ACTON | Wirtualne kartki | Muzyczna.com| Ogłoszenia | Dla webmastera | Katalog stron | Program Partnerski


Wyślij wiadomość e-mail
Twój
e-mail:
Treść: