Listopadowy las
krajobraz senny wilgotny i cichy-
drzewa dostojnie mieszają powietrze
kwiaty wyschnięte zwierają kielichy
mgły gniazdom pustym wyścielają wnętrze
zmierzcha już - bezruch niewinne obłoki
ku ziemi dusi i trzyma w uwięzi
ziemia przed mrozem pręży w bólu boki
jak człowiek chory majaczy i rzęzi
czasem wiatr tylko liść poderwie suchy
zatańczy lekko upiornego twista
i nie wiadomo, czy to tańczą duchy
czy w starej dziupli diabeł z cicha śwista
WIOSENKA
WIOSNA!
taka kapryśna -chwiejno-wiejna
niestała
w jeziorkach kocich oczu
odbija się gorączką
stokrotkową mozaiką
pisze różowe wyznania
wiatr wabi kawą
z pobliskiej kawiarni
zieloną łączką...
a tam Panowie i Panie
pomiędzy rzęsy drgnieniem
-a filiżanką cienką
siedzą i- marzą o figlach
na trawie
trzymając zapałki drewienko
przedświt
świt prawie – natrętnie jasno
w uszy jałowe od ciszy
wsącza się jazgot ptasi
z piór i dziobów sklecony
zadziwia
ta nieustanna walka
o jedno pokolenie
moja troska o jutro
rozciągnięte na wieczność
nurza się w chłodnym
różowym przedświcie
wtem zamilkł
niespodziewanie
rozpętany rwetes
zmiatając ciepłym skrzydłem
wszystkie troski świata
już dnieje
budzik utyka -
sztuczny kogucik
bez serca
WANILIA
Kiedyś Ci pewnie upiekę
ciasteczka z wonną wanilią
otulę pledem stopy
i wyjmę z rąk słabych fajkę
przytulę twarz do policzka
i na dobranoc powiem
kolejną wierszem skleconą
tylko dla Ciebie- bajkę
jeszcze za okruch historii
wiele się zdarzyć może
młodość znajdziemy zamkniętą
w ciałach - jak włoski orzech
STARY DOM
Skrzypienie drzwi otwartych
wpuszcza niepokój światła
zawiasy rdzą rudą syte
z bólem rozpadu tkwią
w pół-śnie
na stare kroki odważnie
nakładasz nowe ślady
w zmąconej ciszy ćma ślepa
szamocze się żałośnie...
w pustych pokojach
śmiech pusty
gromkim echem pobrzmiewa
z żarliwą modlitwą konania
krzyk bólu miesza się ostry.
w pajęczej sieci tkwią oczy
odbite w twoim lustrze
znane z albumów rodzinnych -
babki
matki
siostry
JABŁONKA
czekam niecierpliwie
z utęsknieniem
czekam
gdy mi w kwadracie okna
wybuchnie bukiet
bieli
jakby pióra strącili
w całej okolicy
wszyscy anieli
czekam na tę chwilę
gdy w kruchych
gałęziach
zabrzęczy, zabuczy
zaroi
zlecą sie z daleka
mali zalotnicy
wnet się stara jabłoń
do ślubu
wystroi
W Kurniku
Kiepsko gdy kogut po latach spotka
dawną swą miłość w swojskich opłotkach
patrzy i widzi - piękna- choć stara
jak moja stara - przy swoich garach
piękna i mądra - wcale nie gdera
co ja zrobiłem ! - jasna cholera!
zalotnym oczkiem wciąż ku mnie zerka...
czemuż u licha nie mam lusterka!
pewnie mi grzebień opada krzywo
albo odstaje piórko w ogonie
może mnie jeszcze zechce - a żywo!
jak się zalotnie do niej uklonię!
jeszcze nie pora chrypnąć i gasnąć
na starych grzędach i krzywych płotach
czemuż nie chciałem takiej wspaniałej!
TO SIE NAZYWA- KURZA ŚLEPOTA!
NA PERONIE
peron małego miasteczka
w chłodzie wieczoru pusty
ostatni liść tańczy z wiatrem
pod ławką skulony pies
na dworcu dach dziurawy
przykrył wspomnienia
nieszczelnie
w zepsutym oknie wagonu
odbita czyjaś twarz
szukamy na wyścigi
starych kolorów i gestów
w uśmiechu zastygło zmęczenie
drży na zegarze czas
za chwilę uciekną tory
przeszłości nie dogonimy
tę chwilę odprawi gwizdek
zielony semafor - zgasł
Rozwód czyli ostatnia kawa z tą Panią
Ta Pani przy moim stoliku
to moja- była- żona
dzisiaj dopięła swego-
jest świeżo roz-wie-dzio-na
napawa się tym uczuciem
jak dymem z papierosa
dumna i niepokorna
utarła wszystkim nosa
od dzisiaj – nasz pies jej nie rusza
i jego miska pusta
bo to – mój pies jest przecież
(jak ślicznie wydęła usta!)
wczorajsze okruszki z dywanu
to mój bałagan od dzisiaj
ona tu prawie nie mieszka
i kruszy tyci – co myszka
a kiedy wyjdzie wieczorem
nie powie dokąd i kiedy…
suknię pobrudzi kawiorem-
ma przecież dość tej biedy!
ta Pani przy moim stoliku
swą kawę z wdziękiem dopija
ostatnią w takim duecie
bo wabi ją życie – co mija…
gdy zerkam znad okularów
na jej paznokcie i brwi
rozkoszne dwa widzę sztylety
i dziesięć kropelek krwi
kawa z POETĄ
Siedzę w kawiarni z poetą
a on ma katar sienny
nos wyciera chusteczką – w kratę
nastrój wzbudzając jesienny
a w koło wszystko kwitnie
bzyczy - wije i śpiewa
on zaś narzeka na pyłki
i kawę na stole rozlewa
zanurzam w niej palce beztrosko
tworząc ogromną mapę
myślami w podróż daleką
bez żadnych kosztów – na gapę
i płacę za kawę z poetą
sześć złotych -reszty nie trzeba!
wiersz na serwetce szeleści
wiatr go zaniesie - do nieba!
50-latek
pół wieku za sobą
rzucasz garścią piasku
niewiele zostało na drugą
trzeciej - nie dostaniesz
dobierasz starannie
nowe okulary:
przybliżyć druk -
oddalić lęk
niepokój kusi rozbić szkła
nieostrość łagodzi zmysły
siedem
gdy na szklanym ekranie
obrazki z tragedii
globalnych
smutno lecz nieboleśnie
to tak daleko
jak w bajkach Disneya
w moim miasteczku
wśród strzępów i kolorów
kartka o zmarłej dziewczynce
lat siedem
jak - siedem? to przecież
liczba szczęśliwa
w siedem się nie umiera
niech ktoś zaprotestuje
dopisze grubym flamastrem
cyfrę z końca klawiatur
będzie lżej
i przyzwoiciej
w końcu kiedyś też
dostaniemy swoje miejsce
na słupie - czarną ramkę
z krewnymi w nie utulonej
siedem - to przecież zaledwie
kilka wiosen i zim
niezbyt ostrych
(globalne ocieplenie)
to miejsce w ławce
i lalki - sieroty - rzędem
kupiłam bez smaku czereśnie
wypluwam sarkazm z pestkami
i smutkiem
zawinił Anioł Stróż
ZADUSZKI
zmrok stanął u cmentarnej bramy
stanął i zamarł
ogrzany
tysiącem drobnych płomieni
chryzantem zastępy
niesione w jedną tylko stronę
rozparte uliczne kramy
naprzeciw milczących kamieni
żywi wśród duchów
duchy z żywymi pospołu
łzę toczą
i snują rozmowy serdeczne
ile istnień - tyle tutaj prochów -
nic nie trwa wiecznie
samotni w tłumie pod pokrywą liści
czekają w śnie głebokim
co nie ma wytchnienia
na czyjeś kroki
na modlitwy myśli
gest przebaczenia
Mamie...
przyjadę, przyjadę
wkrótce
na twoją Wigilię
z obrusem jak opłatek
lub skroń
zadziwi mnie
szuranie kapci
niepewność kroków
oczy bledsze o ton
ucieszysz się - niepewnym
grymasem
badając moje zmarszczki
już nie pamiętasz ?
przyjadę, przyjadę
na całe Święta
zagram ci stare kolędy
machając pod niebo smyczkiem
aż sypnie kalafonią
z rozradowanej
muzyczki
nocna burza
huknęła, błysnęła z znienacka
uwolniła volty i luxy
babina do okna gromnicę przykłada
a tam w chmurach
aureol parada
trzęsie sie Niebieska posadzka!
huknęło, błysnęło
przetoczył sie wóz duży i mały
nad strzechą, nad ryczącą oborą
ktoś trwogi czerwonej
pootwierał ścierze
jasna świeca w oknie
drży jak biała flaga
szumią z deszczem rzęsiście
bezzębne pacierze
21.37
nie stało słów -
zabrakło łez
a w gardle kula ołowiana
gdy BIAŁY PTAK
w niebo się wzniósł
„pozwólcie mi odejść
do Pana”
*
już trzecia wiosna
zlizała śnieg…
co w nas zostało z tej chwili
w której życzliwość
była jak chleb
nad którym Ojciec się
chylił
burzowy dzień
zamgliło sie powietrze
w upale drży
na drzewach i na krzakach
wiatru łzy
materiał nieba tną nożyce
błyska stal
mkną jasne błyskawice
srebrny szal
na wschodzie - na zachodzie
ciężki pył
spóźniony mknie przechodzień
ile sił
parasol wywinięty -
śmiechu wart
wyrzuca do śmietnika-
niech go czart!
błękitne w szybach twarze
okien trzask!
co jeszcze się wydarzy
zanim brzask
głębokie popołudnie -
długi cień
otwiera tęczy bramy
mokry dzień
Wyścig szczurów
Oto dzień nowy i świat nowy
Tysiącem dziwów gra mi.
Zerwałem się na równe nogi
Przed wysokimi stanąłem schodami
Leopold Staff
z każdym dniem nowym
i rozgrzanym świtem
który łaskocze pod słoną powieką
patrzę ku niebu
z dziecięcym zachwytem
w obłoki, które
płyną mleczną rzeką
siły powiększam i rozum natężam
ambicje - cele
błyszczą tarczą słońca
lśni na mnie chłodno
twarda skóra węża
co w górę pnie się
schodami bez końca
wspinaczka szybka
ostra - niepojęta
lustro kpi - pokazując
pół-twarz pół-pysk zwierza
wyryty napis na stopniu ostatnim
"...czyś jeszcze Człowiek
i do czego zmierzasz?"
Fotografia
nad biurkiem przypięte zdjęcie:
sceneria zimowa - park, ławka
spojrzenie rzęsą zamknięte
z daszkiem czapka.
młodość bezczelnie rozsiadła
wycieka beztroską spod flesza
wieczorne zaćmienia twych okien
chce - głupia - rozgrzeszać
Zadymka
wierci -kręci - kłębi- gna !
posuwiście z wyciem - świstem
gdzieś w kominie - hu hu ha!
ze świątecznym pędzi listem!
z kry na krę - i z rowu w rów!
byle prędzej- byle dalej!
słychać w dali jazgot psów
to nie wiatr - to jakiś szalej!
próżno stopy znaczą ślad!
jęczy w szparach niby flet
nagle -cicho w polu siadł...
i rozwinął biały pled
|