Samotność
Jak co dzień
tak i dziś
przyszła do mnie samotność
chciałam ją odesłać
daleko
jak najdalej
ukryła się w zaciśniętej mojej dłoni
samotne moje palce
zamknęłam w pięść
znowu nie jestem sama
jest nas dwie
Otulona w szal tęsknoty..
Otulona w szal tęsknoty
stoję
na progu twoich źrenic
kiedy poważnym wzrokiem
spoglądam w nieboskłon twych oczu
milczę
choć serce me krzyczy
ty tego jednak nie słyszysz...
Jesteś a jednak cię nie ma
jesteś
a jednak Cię nie ma
jesteś jak mgła, której dotykam
a ta rozpływa się
jesteś jak ten biały puch na błękitnym niebie
do którego daleko mi
jesteś jak wiatr, który niesie piękne wspomienia
nagle umilkł
jesteś jak sen niewinny
który odległy jest
jesteś
a jednak Cię nie ma...
***
twój dom
mieszkałeś sobie
w ciasnej dziupli brzucha
na twoje przyjście
czekał księżyc i słońce
pszczoła
ptak
byś zadawał pytanie
co to
czekał płatek śniegu
żebyś zdziwiony
zobaczył jak znika
na twojej małej rączce
wyprowadziłeś się z niej
o wiele dni za wcześnie
***
na spotkanie z nim
przyozdobiła się
w suknię z uczuć
którą szyła od czasu
gdy go poznała
usta pomalowała
cierpieniem zagryzionej tęsknoty
a policzki zabarwił jej
brzask wschodzącego poranka
ciało utkane z pragnienia
podążało w jego stronę
by ogrzać się
ciepłem zgłodniałych warg
***
jeżeli jest ci źle
jeżeli patrzysz w
okno i nic nie widzisz
jeżeli dotykasz
nagie ciało kobiety
i nic nie czujesz...
sięgnij do szufladki
ze wspomnieniami
zobaczysz że
był ktoś kto cię kochał
nad życie
a ty zbrukałeś taką miłość..
***
zmęczona podróżą na moście tęsknoty
żebrzę u drzwi twojego serca
pełznę
z niepewnym uśmiechem
proszę o cząstkę
ciebie
schylam się
czuję zapach twojej
nieobecności
brak mi ciebie
czuję
namiętność mego ciała
czuję
pustkę po tobie
szloch z moich ust
zasypia w rękach rezygnacji
tak bardzo brak mi ciebie
***
chciałam po tęczy
przejść do ciebie
rozpłynęła się
zanim zdążyłam
pokonać przestrzeń
teraz leczę po upadku
obandażowane serce
malując smutny obraz
z twoich słów
***
w wiosennym ogrodzie moich myśli
słoneczne promienie wabią
wołają głodem palce
dotykam powietrza
i czuję jak
drgają ci wargi w usmiechu
zamykam oczy
trzymam moje palce
między twoimi splecione
masz taką delikatność w dłoniach
i dotyk którego się nie zapomina
***
mówiłeś
z żalem w głosie
za rok już nie będziemy razem
teraz pełna obaw smakuję
każdą słodko- gorzką chwilę
spędzoną z Tobą
nawlekam mijające dni jak drogocenne perły
na nić wspomnień
i chowam głęboko na dnie serca
miłość jest jednak przekorna
zadrwiła sobie z twoich słów
każdy nadchodzący dzień
witasz wzrastającą miłością
rosnące uczucie
próbujesz przykryć milczeniem
stanowczość
muszę nauczyć się żyć ze świadomością
że szczęscie zaledwie dotyka mnie lekko
wahadło jego bije zawsze w godzinę smutku
i zanim poznam siłę jego wątłej mocy
muśnięciem ćmy powala mnie na kolana
ucząc przyjmować ciosy z pokorą i miłością
muszę oddychać miarowo dobrocią,
brnąć dalej bezszelestem ruchu
i nieustannie marzyć
opasując swoje życie wzrokiem
muszę zdjąć z uśmiechniętej twarzy
maskę pokrzywdzenia
i zdecydowanym ruchem
wyrzucić ją na śmietnisko pozorów
***
poranek każdego dnia
rozpoczynam od wytaczania ciężarów
swoich marzeń i planów
pchając je bezradnością
odgarniam z okna
samotny deszcz
włosy próbuję opamiętać
koślawym grzebieniem
z twarzy zmywam
resztki wymiętej nocy
odmierzam rutynowy uśmiech
sprawiedliwie rozdaję na talerzu
przyprawiając go cierpkim słowem
zalewam wrzątkiem kawę
tylko po to aby ciepły zapach
otulił mnie swym ramieniem
zakładam płaszcz obojętności
i wychodzę do pracy
zaczyna się kolejny dzień
Zawinęłam Twój kosmyk sobie na palcu..
kręta jest droga
od twoich rąk
do mojego ciała
by ją odnaleźć
dogaduję się
z Twoją czułą dłonią
zapytuję nóg
jak najkrócej dojść
próbuję doczesać się tej prawdy
w twych rozwichrzonych włosach
aż wreszcie proszę oczy
by wyśpiewały mi taką wędrówkę
która poprowadzi mnie
najszybciej do ciebie
***
jak zachować taką miłość
która przyszła nie w porę
utulę ją, ukołyszę
ugłaskam obietnicą
spokoju
może zaśnie...
***
jest noc
i znowu
jej ciało ogarnął niepokój
gorączkowo zwiedza
wyspę ciała leżącego obok
wyobrażając sobie inne ciało
śniąc o wyprawach
odkrywających jego groty tajemne
i znowu
jej myśli,sny i noce
oświecone są światłem
jego twarzy
i przepełnione jego sylwetą
niewinne palce
ogarnięte dreszczem
szukają potwierdzenia
że to nie złudzenie
nie sen
budzi się w niej
pragnienie
rankiem po nocy
kuszonej przez płomień
odkrywa
ze podsycanie ognia
wzbudziło pożar
próbuje niezdarnie
tańczyć w jego blasku
lecz pełza
na granicy strachu
***
tęsknota
pulsująca pragnieniem
zacisnęła szyję swoją pajęczyną
usta
zagryzione niemocą
zamarły nabrzmiałym uśmiechem
ciało
rozkołysane rytmem pragnienia
ugłaskane niespełnioną obietnicą
rozpacz
wkładająca pięści w usta
zanurzona przyczaiła się i śpi
błogostan
leżę na łące
pieszczona źdźbłami
pochylających się traw
odnajdując w nich
nieobecny dotyk
spoglądam w niebo
jego promienie
głaszczą mnie po twarzy
przytulam się do ziemi
i nadsłuchuję śpiewu
zielonych melodii
które szepczą
wlewając nadzieję
że będzie lepiej
że nigdy gorzej
pochylam się oddechem
nad kobiercem dmuchawców
rozwiewanych leciutkim
podmuchem mrugających powiek
jak dobrze mi dziś
jak lekko
***
tak cię kocham
mówią twoje usta
a ja
umieram z miłości
nie do ciebie
marzę
ze stajesz się niewidzialny
próbuję
zdrapać paznokciem
sumienie
inny mężczyna
wypełnia
moje puste wnetrze serca
***************
Obojętność
codziennie
karmisz mnie słowami ciszy
cedzisz te słowa
w przerwie pomiędzy
jednym filmem a drugim
tak bardzo cię kocham
tak bardzo cię pragnę
codziennie
bierzesz mnie w ramiona
oplatasz niczym
rybę w sieci
brakuje oddechu
brakuje ciepła
codziennie
im bliżej jesteś
tym bardziej stajesz się
niedostępny
dryfuję wogół ciebie
proszę o koło ratunkowe
dla naszej miłości
wygrzewasz się spokojnie
w słońcu znudzenia
nie widzisz że zaczynam tonąć
przeobrażam się
w wieżę zniecierpliwienia
ty w wąskim gardle obojetności
tkasz misternie
chłód przestrzeni
pomiędzy nami
bywają takie dni
rankiem wychodząc do pracy
zabieram swoje ciało
na mozolną wspinaczkę
po górach niedomówień
pudruję mgłą uśmiechu
szarość pod oczami
kompletowaną jako
bagaż codziennych klęsk
usiadam przy biurku
razem ze smutkiem
który niczym tępa brzytwa
głaszcze mnie pod włos na gardle
rozpoczyna się kolejny dzień
w którym kawę rozcieńczam łzami
Lęk
zakrada się w nocy po kryjomu
bezszelestnie
przysiada na brzegu łóżka
i nie pozwala spać
wczepia się w brzegi mego serca
nieskorego do spoufaleń
próbuje nauczyć w obcym języku
zamknięte moje usta słowa
miłość
Przez okno widzę
budzona już brzaskiem
zgaszonego smutnie poranka
razi nadzieję jak błyskawica
w deszczu niepokoju
do wystraszonego serca
spływa kropla tęsknoty
szepczę kocham
dziecięca wyprawa po nadzieję
założę na twoje stopy
buty sznurując
swoje usta
w cienką nić zwątpienia
uciekniemy w spokój
zielonych drzew
tańczących ważek
bzykających basem trzmieli
dumnych tataraków
tam słońce nam założy
różowe okulary
będziemy razem
gonić mrówkę
odwiedzimy stado świerszczy
zagłaszczemy zwątpienie
przykryjemy je nadzieją
i zamkniemy w dziupli dzięcioła
by wystukiwał nam
radosne tony powrotu do domu
Zanim
spoglądam w niebo
pozwalam gwiazdom
odbijać się w moich oczach
zanim w oddechu chwili
wstanie poranek
i spadną na zmęczone
brakiem snu powieki
słoneczne krople pocałunków
|