
Słowo od autora
Odrobina refleksji
Nieco o kochaniu
Górskie wędrowanie
Groch z kapustą
Haiku i coś jeszcze

Księga Gości

GG:


poeci.com
Strona T.Chłopczyka
|

Przedwieczorna szelestnica
Cichołażę, trawodepczę,
sam do siebie wierszyk szepczę,
bladosłońca cień uroczy
miękkodrażni moje oczy.
Lasołąki, żabostawy,
białobrzozy, zielitrawy,
liściomuchy, ptaszkochmary
cichołażą – istne czary!
Tu coś leci, tam coś płynie,
szeleścieje, w krzakach ginie,
a na niebie szaroburym
prześwitują modrodziury.
Gwiazdonocka już nadchodzi,
blaskoksiężyc stawobrodzi,
a stokrotki w mym ogródku
spać się kładą po cichutku...

Kalambury
*
Hasło wieku maszyn: ząb za ząb!
*
Ten, co zawsze przegrywa w szachy: matołek.
*
Patron spodni: Jan Kanty
*
Produkt dzieworództwa: maminsynek.
*
Złudzenie, że ma się własny samochód: autosugestia.
*
Przyrząd do mierzenia tłoku w restauracji: barometr.
*
Arystokrata zajmujący się sztuką: grafik.
*
Słój na wnętrzności zwierzęce: flakon.
*
Kompletny chaos komunikacyjny: rozkład jazdy.
*
Czyste sumienie: nieużywane sumienie

Podpatrzone w Dusznikach
Pierwsza połowa sierpnia. Festiwal chopinowski. Atmosfera nieco odpustowa. W zabytkowym pałacyku Chopina wchodzi na scenę kolejny wykonawca – niespełna dziesięcioletni chłopiec. Rozpoczyna od Sonaty h-moll. Spod palców małego wirtuoza płyną subtelne dźwięki, zespalające się w cudowną, wielobarwną konstrukcję. Na twarzach widzów zaskoczenie, a potem zachwyt. Oto objawił się nowy, wspaniały talent. Nawet muchy, których pełno na sali, przestały bzyczeć, jakby bały się zakłócić czarowną melodię.
Wtem na widowni poruszenie. Kalekie dziecko, z niezbyt rozgarniętą buzią, zrywa się z krzesła i zarzucając pokręconymi nóżkami, biegnie do fortepianu. Pewnie chce zobaczyć, co tak skrzeczy w tym czarnym pudle. Zawstydzona mama biegnie za nim, ciągnie go z powrotem na krzesło. Malec siada niechętnie, kiwając się ze znudzeniem na boki.
Młody wirtuoz zakończył grę. Ukłonił się zachwyconej publiczności, zszedł ze sceny, usiadł pod ścianą i spojrzeniem znającego swoją wartość cudownego dziecka mierzy widownię. Przez chwilę zatrzymuje wzrok na brzydkim kaczątku. Ledwie zauważalnie wydął pogardliwie wargi, ale natychmiast wrócił do wystudiowanej pozy.
Nagle, jak to bywa w górach, granatowe chmury przesłoniły słońce. Lunął deszcz, niebo rozjaśniły błyskawice, zahuczały pioruny. Małemu geniuszowi rozbłysły oczy. Wyciąga szyję w kierunku okna i tak trwa w zachwycie - słucha muzyki burzy. A obok na widowni kalekie dziecko, łkając z przerażenia, tuli się do ramienia mamy.
Zgasło światło, ogłoszono nieplanowaną przerwę. Kiedy koncert wznowiono, na sali widać było dwa puste krzesła.
|
 |
|
 |