beztroskie wspomnienie
pamiętam beztroskie nasze spotkania
co jedwabiście do dziś spływają
jako wspomnienia chwil atłasowych
dwojga przyjaciół nieznanych
przy światłach księżyca tysiąca gwizd
mieniących się w barwach swej tęczy
w której zapłonął nam w dłoniach płomień
i tli się nadal w srebrnych powojach
otuleni w dusze wzajemności czule
grzaliśmy swe serca na dnie których skarby
tkały jedwabiste szale których
końce w dłoniach do dzisiaj trzymamy
słuchaliśmy wówczas serc swoich rytmu
poprzez słuchawki kręte po których
płynęła i płynie nadal najczystsza
z pośród najczystszych aorta
objęci śmiechu darami szczodrymi
w niemalże każdej przy sobie chwili
barwiąc obrazy życia pergole
pachnących kwiatów idylli
harfa w twych dłoniach
jeszcze dzisiaj coś napiszę jedno słowo bo chcę
ręcznik skręca mnie tęsknotą za twym słowem chociaż
spojrzeć szklisto uśmiech złapać kroplę życia prawdę
ja nie mogę nie pożegnam włosy wiatrem splotę
mylę kroki spadam z kładki dłonie trzymam w górze
nie upadły na mokradła nie obtarły wzorów może
jeszcze raz wydłubię ziarnko które gdzieś zapadło
trzymaj harfę graj na strunach światło troski spali
zmieni lawę w glebę marzeń stworzy jutra pałac
w którym mieszkał będzie zbawca co tęczowe koce
naszykował nam na jutro za mą wielką prośbę
niezapomnianym ...
w ten dzień w tą chwilę patrząc w kalendarza obraz
myślę błądzę jestem blisko powtarzając twoje słowa
chociaż los rozłączył ścieżki odrzucenie dało plony
asfalt ktoś położył między nie zapomnij nigdy o mnie
ja natomiast ślę życzenia wypełnienia marzeń skrytych
by ten dzień co roku mówił o wartości chwil przeżytych
że spojrzenie jedno warte więcej aniżeli słowa
uśmiech jak nauki skarby moc potęgi chowa
jutro będzie więc szczęśliwe słońce ujmie cię w objęcia
poznasz jeszcze co to chwile niekończące się pragnienia
pamiętam nie tylko to
Pamiętam ten stary wiersz
pisany pawim piórem
na pergaminie marzeń związanych
kokardą zielonoszarej przeszłości
Pamiętam. nie tylko jeden
było ich znacznie więcej
upięte w bukiety finezji
pojone nektarem wspomnień
o sośnie, drzewach i liściach
które szeleszczą kojąco, pachną
i połyskują
Pamiętam urok czerwonozłotych liści
smak jagód w lesie, pachnące maliny
dziko rosnące dostojne jabłonie
pachnące soczyste owoce
Pamiętam nawet co kryłam wówczas
w serwecie czułego kiera
wyhaftowane nitką z atłasu
kwiaty
w miłości płomieniach
tylko za tobą
tyle poznałam ludzi na ziemi
wśród łun archipelagu budzących
z nad ego intencjonalne kierat
spowity tchnieniem Dunaju
fale
tyle imion minęło z kartek
bezpowrotnie biała noc
o czekoladowym smaku tylko
posolony orzech z stojaku
pozostał na owoc
tyle liter skreśliłam z niepamięci
pamięć do twarzy oddałam za kebab
pity wraz z sokiem z butelki
pełnej listów do ciebie
nie tęsknię prawie za nikim
z pośród setek znajomych tysięcy
bliskich dalekich familiarnych
zamglone barwy chowają słowa
tylko ten jeden obraz w mej dłoni
namalowany libretta głosem
szalem nostalgii wespół przykryty
tuż prawie i ciągle błądzę
z witrażem
zostawiłam tak mało
jedno przezroczyste wspomnienie
o drzwiach przeszklonych z witrażem
płakały razem ze mną
zapomnisz - kiedy odejdziesz
radzili w kolejki po duszę
zima zamknie koryto łzy zmrozi
wysuszysz oczy
suszarką w toalecie
ogniste miasto da ci na tacy
beztroskie owoce twych marzeń
w syropie
lecz czy jest w stanie
ich dźwięk zastąpić?
list
mamo
tyle dni minęło mego życia w kadrze
czasu nieokiełznanego niezgłębionej
miary
tyle warstw przestało istnieć okryć
nowych płaszczy wyrzeźbionych
w mej pamięci białych chwil
pozszywanych ran kawałków w modną
pelerynę ozdobioną skórą moich dni
wiem
podobnie jak twój notes nieprzespanych nocy
zachowany w kalendarzu mir
róża dla Mamy
dwie dłonie
trzymające różę czerwoną
pachnącą
osłoniętą platynowym celofanem
przyniosły ją mamo tobie
za to że jesteś
mą mamą
przyniosły też zapach konwalii
w słoiczku
z czerwoną kokardą
i białą kartkę z wierszem
napisanym
dziś rano
róża
stoję
z białą różą w dłoni
nieruchomo
patrzę
prosto w Twoje
oczy
czemu?
wiesz
ja też
przypinam ją do serca
tulę zapach jej
przykrywam przed mrozem
ludzkich złych serc
grzeję ciepłem uczuć
głaskam nostalgii wspomnieniem
czego nie rozumiesz?
wciąż nie wiem
odpowiedz
proszę
tylko proszę odpowiedz w kolorze
bo niemrawych zabarwień jakoś nie znoszę
a ja
w uścisku dłoni
może w bólu serca
wyhoduję nową różę
aby były dwie
sobie zostawię tą pierwszą
w serce wpiętą
a drugą okryję barwą mych snów
wymówię miłości zaklęcie
okryję tęczą barw
a kiedy wreszcie ożyje
powiem: czerwoną się stań
ta czerwona róża jest dla Ciebie
przyjmij ją
proszę
telefon
upajając się filiżanką kawy. rozkoszuję się
niepowtarzalnym aromatem życia. niespełnione
nadzieje wypływają przechyloną stroną
płyną po dłoni moich marzeń
w bezwietrzny poranek. skradam się.
oczami chwytając słuchawkę od telefonu. parzy
która godzina? żelazko schowałam. wychodzę
w białym kapturze na balkon. muszę
się ochłodzić
imię twe
w oddechu z gór przestworzy
w głębinie morza beztroskiego
w otchłani ciszy
gdy słyszę głosy ziemi
czuję dotyk światła
okrywający mnie swym ramieniem
imię swe kładziesz
w błysku wszechświata
porywasz zmysły, serca i dusze
spoglądasz z łaską
mówisz
lub milczysz
bo imię twe święte jest
Mama
idzie
wygnałam codzienność
z serca i myśli
drzwi otworzyłam miłości
wciąż wirującej w przestworzach
delikatnej
płochliwej
lecz upragnionej
pragnę ją złotem obsypać
diamentem skruszyć jej duszę
wszystko zrzucić pod nogi
tylko nie wiem
co zrobić muszę
marzę by ją przytulić
objąć słońca promieniem
dać ciepło skromnej jej duszy
być źródłem szczęścia
jej wyzwoleniem
czy jednak zechce dotknąć mej dłoni
uchwycić wzrokiem tęczy mej barwy
pomówić ze mną
spojrzeć mi w oczy
a później dla mnie
łzę szczęścia uronić
kocham ją bardzo
pragnę jej szczęścia
drżę z niepewności
wyciągam dłonie
szykuję objęcia
a ona
idzie
długo
powoli
bosymi stopy
niszcząc swój nieład
lecz widać w lustrze
że mnie się boi
szukam domu
idę.: drogą życia
otulona płaszczem uczuć
peleryną mglistych marzeń
szalem.: doznań żalu
zwiewnie wiszącego na mej ikry karku
kroczę.: po kamiennej, krętej drodze
pośród ruin, zgliszczy, gruzów
szukam mego domu
czy ocalał może
nad stawem
siedziałam nad stawem
nogi, moczyłam w falującej wodzie
kij, trzymałam w dłoni
patrzyłam w przestrzeń życia
słońce mnie tuliło
wietrzyk duszę chłodził
czasem niebo popłakało
głośny błysk zaświecił
pobliską rośliną
wiatr, lekko szeleścił
nie musiałam patrzeć, by czuć
tu jej obecność
nie musiałam mówić
by czuła
że wiem
stała za głogiem
z czymś, między dłońmi
z czymś tak maleńkim
o pięknej woni
dumała długo
nad moim sztilem
a ja
byłam tak cicho
by jej nie spłoszyć
gdyż dla mnie była
przepięknym motylem
sapere aude
tak było zimno, tak było źle
tchórzostwem pachniał czas
aż nagle czytasz: sapere!
sapere aude, incipe!
minęło lato, jesień już przyszła
bałaś się mroźnej zimy
aż nagle widzisz na niebie
ten biały omen: sapere!
o sapere, o sapere
wciąż słyszę twój vox
zagościj słońce
dotknij mej dłoni
a ja odpowiem
tak!
święte słowa
sapere aude, incipe!
Sapere aude, incipe (Horacy)– z łac. Miej odwagę być mądrym, zacznij!
Vox – łac. głos, dźwięk
kier eldorado
oparty o kier eldorado
wpatrzony w obłok nadziei
dotykając dłońmi duszy
jutra błękitnego
wspomina błysk przeszłości
zielono białej tęczy
która w mgnieniu oka
diademem się stała
widząc przed sobą przestrzeń
białego czasu bez kresu
puszcza w eter swe słowa
czyli po prostu
jestem
ogień pamięci
zapalone świece na torcie
w barwach dziecięcych marzeń
płonęły pełną radością
prezenty, pamięć, igraszki
na stole wazony kwiatów
pachnących życiem
radości łzami
ukryte w latach pamięci
aby powrócić raz jeszcze
ale inaczej
dziś nadal płoną, lecz
nie na torcie
grzeją kamienna płytę
pamięci ogniem
w wazonach kwiaty
tak jak poprzednio
i łzy rozpaczy
nad śpiącym romeo
oczy
stanęłam u progu. na wyłuskanym
betonie. tuląc do serca korę dorodnego
drzewa rosnącego z drugiej strony
Wisły. masywny pień obgryzały korniki
wypełzające spod asfaltu, a twarz moją muskały zielone
listy szeptane przez gogle. widząc
to, sąsiad wyjął mi oczy i schował
na później, powieki zakopałam
pod duszą. jakże byłam zdziwiona
kiedy listonosz przyszedł i przyniósł mi tort twój
w prezencie, a zamiast świeczek napis
od ciebie. przy drodze wyrosły nowe oczy
maleńka
malutka głowa przejechana kołami ciężkiej maszyny
jednym ruchem wbiła się w gorący asfalt. jej dusza
rozdzierająca serca parowała pod wpływem wrzącej temperatury
gorzki skowyt maszyny wydawał się grzmieć na alarm
syreny rozpadających się ulic zagłuszały sekundy życia
wtopione w skronie koła zaczęły skrzypieć pod wpływem kości, aż wreszcie
wypadły rozsypując się na strzępy
nieznani przechodnie gołymi dłońmi zaczęli zbierać je do kieszeni
niewielkie białe kawałki, polane okazjonalnym musem
przypływającej zewsząd. farby nie dało się zatamować.
maleństwo z rozwartymi oczami zdawało się mówić coś spienionymi ustami
lecz zamiast głosu ktoś uderzył jego drobniutką rączką na wznak
że żyje, pomimo, iż jego krew ubrudziła już orszak
W czeluści
(...)
A kiedy doszli do olbrzymiego głazu, porośniętego zielonym mchem, oślizgłego od spływającej po nim wody, z za którego słychać było intensywny szum, przecisnęli się przez znajdującą się po prawej stronie szparę pomiędzy nim, a wielką ścianą przyległych gór, do której był niemalże przyciśnięty. Maleńka znalazłszy się po drugiej stronie wydała okrzyk radości:
- Ho ho! Jesteśmy! Jesteśmy! Ale tu fajnie!
Stali u wrót dwu-trzymetrowego korytarza. Nad głowami wisiały wielkie wyglądające na lodowe sople. Jedyne co różniło ich od tradycyjnych to kolor. Ciemnobrązowy, skalisty, nadający miejscu niezwykłej atmosfery. Przy lewej krawędzi w wyrytym przez wieki korycie płynął należycie głośno potok. W powietrzu czuć było wilgotne, lekko stęchłe lecz nie odrażające bohaterów powietrze. Ściany dotykały przestrzeni rzeźbionymi, powyrywanymi ze swych należnych miejsc bokami. Strasząc większość swych gości przybierały widok otchłani. Niewielkie odległości zdawały się być bardzo odległe. To wszystko stwarzało niepowtarzalny klimat podskalnej czeluści. Szli bardzo długo podziwiając widoki rysów, rzeźbionych na ścianach rycin, przewracając co i ruch plączące się pod nogami szczątki nieznanych istot, które właśnie w tym miejscu zakończyły swe tchnienie.
Jaś zachowywał stoicki spokój. Milczał. Wyrażając swą radość jedynie uśmiechem i spojrzeniami wielkich, błękitnych oczu oraz delikatnym dotykiem dłoni, jakim miał zwyczaj okazywać maleńkiej swoje uczucie.
Szli bardzo długo mijając wiele zachęcających do wejścia odnóg. Z niektórych dobiegały smakowite zapach najsmaczniejszych nęcących potraw. Z innych dochodziły okrzyki starożytnych libacji lub współczesnych imprez. Mijali je beztrosko pomimo poruszających odczuć chęci zabawy i głodu. Dopiero kiedy usłyszeli odgłosy płaczu, jęków i krzyków przeplatanych błaganiem o pomoc zawahali się. Mało tego. Przystanęli na chwilę nasłuchując dokładnie skąd pochodzą i co się stało. Maleńka drgnęła lecz Jaś powstrzymał ją przed niepożądanym krokiem. Znał to miejsce doskonale pomimo młodego wieku. Wiedział o jego tajemnicach i zagrożeniach jakie skrywało. Ujął więc dłoń swojej przyjaciółki i podążył naprzód. Kiedy zdawało się obojgu, że nie mają już siły do dalszej wędrówki i muszą zatrzymać sie by odpocząć, zobaczyli jasną smugę światła, z okolic której dolatywały fragmenty odgłosów trzepoczących skrzydeł. Postanowili iść dalej. W tym bowiem miejscu chłopiec posiadał ukryte zapasy żywności z poprzedniej wyprawy. (...)
|