zimowe wieczory pachną pomarańczą
skwierczą złociste iskierki w kominku
za oknem kraina mlekiem płynąca
migdałowe płatki tulą się do szyb
a ja tylko uczę się kochać na nowo
i raduję się tą chwilą ulotną jak tęcza
śpiewam i tańczę i jem pomarańcze
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
biała magia
poranny mróz rzeźbi w szybach
malutkie zimowe historyjki
najchętniej przykleiłabym nos
do okna jak do szklanego ekranu
zapominając o śmiertelnych sprawach
zatapiam dłoń w białym puchu
śnieg jakby bardziej wrażliwy na dotyk
delikatnie rozpływa się w dłoniach
jakże ulotna bywasz chwilo
"jesteś - a więc musisz minąć
miniesz - a więc to jest piękne"
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
Z paryskiej szkatułki
W kuluarach aż huczy od plotek:
Najlepsze kasztany są na Placu Pigalle,
a wino zimą – tylko grzane,
które gotuje w żyłach krew
i bruka w złotych czarkach
śnieg co prószy niewinnie.
Sen tylko w ramionach czasu,
z jego fotografią pod powieką.
Zasypiam w marcepanach
wieczność na wyciągnięcie ręki.
Za pięć minut będą Święta
Przed domem radosne dzieci
beztrosko lepią bałwana,
do kuchni wabi zapachem
ciepły jeszcze sernik babci.
Pod księżycową latarnią
całują się zakochani,
mrozik figlarz podszczypuje
ich czerwone nosy.
Błyszczą kolorowe drzewka
na tle atłasowej nocy,
poruszenie na ulicach,
Jezus jest już blisko.
Niech ptaki nie spieszą się
z powrotem do kraju,
my tu mamy wojnę na śnieżki.
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
pomarańczowe wieczory
teraz gdy mróz szczypie w nosy
wieczory pachną pomarańczą
ogrzewam zziębnięte serce
sącząc herbatą z kardamonem
płoszę posępne cienie na ścianie
wskrzeszając nadzieję na jutro
trzeba szeroko zamkniętych oczu
by obudzić w sobie zmysły
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
moje oczy są niebieskie
za oknem noc oddycha miarowo
cierpkość wytrawnego wina
związany język rozpina
ogień tańczy kolorami w kominku
przeklina nieunikniony świt
tak to już bywa nieodwracalnie
że każda zmarszczka odlicza czas
uciekam w głąb własnych źrenic
gdzie rzeczywistość wyrasta z marzeń
moje oczy są niebieskie
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
przed snem
w radiu meldują
że święta już blisko
funduję sobie
filiżankę małej czarnej
z dwiema kostkami
słodkiej białej śmierci
na gorsze spanie
za oknem błyszczy
kryształowa śnieżna plama
choć niebo bezgwiezdne
noc taka jasna
przekładając nogę na nogę
liczę zmarszczki tapetom
w dłoniach trzymam
cały mój wielki świat
zamknięty w jednym
małym tomiku
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
taki taniec
jestem paradoksem
na jego ustach
taka słodko - gorzka
kiedy obieram
pomarańcze ze skórek
taka ironiczna po obu
stronach jego ramion
jak anioł i demon
tańcząc na pajęczynie czasu
uczę się ciałem
swe wahanie malować
kochać i tracić czy
pragnąć i żałować
(Z cyklu Zimowe wieczory pachną pomarańczą)
wehikuł czasu
pustką szeleści czysta kartka
niepewnie rzucona na wiatr
tabula rasa
świat ogląda przez matowe pryzmaty
słowem zaznacza swoją przestrzeń
tutaj gdzie wszystko
ma swój koniec i początek
prawa dyktuje cedrowy
zegar z martwą wskazówką
cisza mówi mi wszystko
bez złudzeń
moje sukienki przekwitły w szafie
jak ostatnie letnie kwiaty na łące
z rozczochranych włosów
wyczesuję nieziszczone sny
lód nie topi się już w dłoni
i nie zawsze jest czas na wiarę
litery poskładane w zdania
nabierają wymownych kształtów
stłamszone emocje gubiąc ducha czasu
obrastają pajęczyną w kieszeniach
i snują się naiwne nocne ucieczki
w ramiona zgubnych wzruszeń
cud z bocianem w tle
na wiosnę bocian siada
na parapecie okna sypialnianego
a potem już tylko te słynne przejścia
ze śmiechu w płacz
z płaczu w śmiech
takie ludzkie typowo kobiece
a niepojęte irracjonalne
dla męskiego szkiełka
nagłe bóle głowy
i popołudniowe zmęczenie
skurcze spazmy i poranne mdłości
w perfidnej formie zaklęte
bądź to łaskotki bądź tortury
nierówny oddech uderzenia gorąca
aż wreszcie z wyrokiem
bądź z cudowną nowiną
porażająca biel lekarskiego kitla
zwiastuna życia lub śmierci
i wszystko to po to by w końcu
wypowiedzieć te cztery upragnione słowa:
kochanie będziemy mieli dziecko
arabskie noce
Tylko głupcy lecą tam, gdzie anioły boją się stąpnąć.
pustynna przestrzeń
piecze pod stopami
jedwabny dywan
złotym pyłem wysadzany
żongluje ludzkim losem
humorzasta Sahara
róża jerychońska
wiatrem utkana
na moment
w dłoniach trzymana
fatamorgana
sufit z gwiazd
na wyciągnięcie ręki
jakby się walił i gwiazdy
zaszywał w piasku
kompasy szaleją
szepczą na wietrze
duchy przodków
wracam póki jeszcze
widać moje ślady na piasku
Z cyklu Palcem po mapie
one night in Bangkok
kupiłam bilet weekendowy
i jestem
ja - Farang
odziana w tajskie jedwabie
witam cię Tajlandio:
Sabadi Mai Khap
One night in Bangkok
na Khao San Thanon
wśród błyszczących neonów
brzęczących samlorów
klekoczących rikszy
osaczona korowodem
połyskujących straganów
upijam się kwintesencją
dalekowschodniej egzotyki
w Mieście Aniołów
w samym łonie Syjamu
przeżywam swoje setne dejavu
z posążkiem Buddy w tle
od pól ryżowych pachnie
atmosferą orientu
palą się kadzidła
przed obliczem Indry
za to że ta noc
nigdy nie przeminie
Khapukhap Tajlandio
Moja tęsknota jest jak morze (poemat)
I
Ostatni spacer brzegiem
morza w samo centrum
sierpniowego wschodu słońca,
gdzie dzikimi falami żywioł
wzbiera ponad krawędzie.
Skrzypią pod stopami muszle
pogrzebane w piasku,
tęsknota trzepocze we mnie
skrzydłem mewim.
II
Tuż obok w porcie miejscowi
rybacy o ostrych rysach twarzy,
i rybich zapachach,
zaplątani w oka sieci
reanimują spróchniale kutry,
z pasją czyszczą zardzewiałe
kotwice niespokojne po nocnej burzy,
otoczone konturem blasku
jak skarby wyrzucone przez fale.
III
A morze jest dziś w kolorze jego oczu –
turkusowy zawrót głowy,
powietrze smakuje solą,
kusi mętne dno morza,
by zanurzyć się w jego
wzroku na wieki.
Bo wyrwana z jego objęć
usycham jak ryba
opuszczona przez fale.
IV
Ach, ta chwila słona
nad brzegiem morza -
jakże trudno będzie się z nią rozstać,
gdy świt turkusem wdzięczy się
i mieni w oczach.
Ciężko nam być razem
po dwóch stronach czasu,
choć z różnych źródeł bijąc
ku wspólnemu płyniemy morzu.
V
Moja tęsknota jest jak morze–
szalona, niebezpieczna, jedyna,
Zalewa wybrzeża mojej świadomości
i turkusem płynie po ślubnej sukience
bez żadnych pretensji.
Morska bryza niesie zaklęcia
dnia jutrzejszego,
uczę się tych słów par coeur
przez serce, na pamięć.
gdy zima nadchodzi
Bociany lecące znowu
w stronę ciepła,
mimochodem trącają
ramy czasu.
Sny są niespokojne,
myśli potargane,
gdyby tak mogły
wyrosnąć mi skrzydła,
zatańczyłabym z czasem.
Kiedy siedzę sama
przy zepsutym grzejniku,
ubrana w swetry,
owinięta w szal,
nikt mnie nie pyta
czy lubię kakao.
Błogosławione ściany,
które znoszą moją bezsilność.
insomnia
niech sny zostaną tam gdzie sięgnąć ich nie mogę
i rozwijają się dziesiątkiem tysięcy fałd -
miękkie napięcia w nocnej mowie
pod taflą zmrożonego nieba okraszonego
samotnymi konstelacjami gwiazd
z wonią archaniołów na mym oddechu
drażniąc neurony do szaleństwa
bezsenność tańczy na moich powiekach
bo miłość przydarza nam się tak rzadko
"To wszystko bierze się stąd,
że miłość przydarza się nam
tak rzadko…
wtedy
strach na pierwszym planie"
(ks. J. Szymik)
przyklejam twarz do okna
jak dziecko do szyby sierocińca
samotność rozprzestrzenia się w sercu
czai się w kieszeniach
i w pudełkach na listy
pełznie po kablach telefonicznych
przez dziurę wydartą w spodniach
oglądam swoje własne lęki,
rozwija się paskudna choroba
permanentna klaustrofobia
w aptekach deficyt
na miłość
Ekshumacja skrzyni ekstrawaganckiego artysty
Z dębowej komody wykopano jak z mogiły
cedrową skrzynię ekstrawaganckiego artysty.
Bynajmniej nie dla bogactwa trwa ekshumacja
zgnitej skrzyni: wiek – około pięćdziesiąt pięć lat,
wyścielana atłasowymi szmatkami,
które jeszcze nie zdążyły spleśnieć.
Po rozcięciu wieka nozdrza krępuje paskudnie
słodki zapach starzyzny pomieszanej z oparami
rozlanego opium. Jej wnętrze ukrywa pożółkłe papiery –
Traktaty o "Czystej Formie", kompozycję Sonaty
Firtepianowej C-Moll Szymanowskiego z dedykacją,
portrety madame Solskiej, wepchnięte pomiędzy
strony "622 upadków Bunga, czyli Demonicznej kobiety"
oraz listy do Heleny Czerwijowskiej pisane nocami –
takie amitiee amoureuse, ale bez namiętności –
w dodatku pocięte i kwiaty zeschnięte, resztki
australijskiego tytoniu od Bronka Malinowskiego,
pęknięta piersiówka po rozlanym opium,
mocno zakurzony egzemplarz husserlowskiego
"Ideen zu einer reinen phänomenologischen Philosophie".
Na samym dnie leży spróchniała sztaluga -
wszystko to jeden wielki strach artysty ukryty
pod skórą gęstego kurzu, obsesyjny niepokój
ontologiczny zamknięty w brzuchu cedrowego pudła.
Za przepowiednią Tumora Mózgowicza cytuje się,
co następuje: Zgon skrzyni nastąpił z urojenia
w wyniku zaniku metafizycznych doznań.
migranci
Upijamy się nowo znalezioną litością
siedząc samotnie pod Statuą Wolności,
przygotowując five o’clock Smithom –
jednym z wielu w imperium Elisabeth II,
w krainie wiecznych wiatraków
sadzimy żółte tulipany. Wegetujemy
w kołchozach bez gwiazdek i malujemy
ściany na biało próbując uciszyć klaustrofobię.
Uczymy się na pamięć topografii dywanów,
po których nieustannie stąpamy, obce hymny
wyjące z eteru jak wirusy zakażają nam krew,
jesteśmy desperatami, migrantami z przymusu.
Kiedy zacznie nas boleć mentalność obcych
krain, każdy kilometr od domu odczujemy
głazem w serce, drogę powrotną zmęczone
oczy przeniosą w uśpienie, aż pejzaż znajomy
szeptem rozbudzi dusze. Szeroko drżącymi
ramionami spróbujemy ogarnąć ukochaną ziemię.
refleksja o wrażliwości
Koła miasta krążą posępnie,
a zachód słońca pełznie
po lampach ulicznych,
rozlewa się po betonie
jak atrament.
Horyzonty jutra
tak pełne niespodzianek
niebawem świt obróci
w srebrne szkło,
zuchwały wiatr rozsypie
w proch zmienione nocne myśli.
Tracę siłę w każdym ruchu,
gubię się w najprostszym uczuciu -
wrażliwość to jeszcze skarb
czy może już upośledzenie?
|