A gdy jeszcze...
A gdy jeszcze będziemy mieszkać razem w swym domu
W kapciach z wełny, w szlafrokach
Nic nie mówiąc nikomu o swym szczęściu
Co błyszczy w siwych włosach na skroniach
O marzeniach co były
Kiedyś , ot, w naszych dłoniach
I powiemy, nie mówiąc
Samym wzrokiem dojrzałym
Że to życie co mija
Było jednak wspaniałe.
26.11.2006
Sąd wieczorny
gdy cisza nastaje
z wieczornym wyrzutem
co spokój przegania
z łoża snu
w zamkniętej
pod powiekami
temidowej sali
rozpraw
z dniem co minął
świecą nagością
rzeczy skrywane dotąd
w mrocznych
ustroniach pamięci
kłują w oczy
sumienie
rozdarte
między
oskarzycielskim tonem
prawdy
a cichym westchnieniem
marnej słabości
człowieka
Najdroższa muzyka
w jeden z tych dni
gdy zimowy obraz
za oknem
mrozi spojrzenie
utkwione w drzewo
w swej samotności
uśpione
co ramion
użycza ptakom
ciszę myśli
które w tęsknocie
za słońcem
radość skrywają
przerywa nieśmiały
dźwięk klawiszy
spod młodych palców
mozartem spływających
i natchnienie znajdując
nieme słowa
szepczą z czułością
spokój
co duszę
spowija
Tego chciałam
odkąd pamięcią sięgam
pośpiech był w mojej naturze
goniłam, chwytałam wszystko
parzyłam swe palce
wkładane czasem w ognisko
uczuć
które niekiedy
pożarem groziło
lecz cóż
szybko gasło
dziś pali się
w naszym kominku
drew dokładamy w spokoju
mój pośpiech gdzieś znikł
i wcale nie tęsknię za nim
mam czego chciałam
Echa przeszłości
z wiosennym uśmiechem
ciepłym jak matczyny pocałunek
powracają wspomnienia
młodych kroków odgłosy
przeplatane zachwytem
co obrazy w dźwięki zamienia
raz po raz
krajobrazy patyną
czasu pokryte
w sercach na nowo
wzruszeniem znać dają
choć zatarte dźwięczą czysto
odgłosami szlachetnej
młodości
Wyżyna Krakowsko-Częstochowska
wiem
potrzebujemy czasu
by stworzyć klimat
miękkie skały zachwycą
krasą lub pękną
pod ciężarem przekleństwa
bo ciasne buty uwierają
a szczytu nie widać
cierpliwość drąży nowe koryta
na czole marsowym
zbiera się na burzę
z maczugą herkulesa
ciskamy piorunami
wiem
nasz czas minął
Eksmisja
zamknął drzwi
szczęśliwy
wnętrze bez klimatu
bo pogoda ciągle się zmienia
styl i pieniądze leżą nieważne gdzie
resztki spokoju konserwuje w butelkach
obdrapany widnokrąg
upstrzony przez wróble
w marnej perspektywie
a on wkrótce
poszerzy horyzonty
nałogowego spojrzenia
odprowadzi ostatni ekspres
łódź – warszawa
zanim jednak
tkwi w radosnej klaustrofobii
Magia upalnego lata
spojrzenie zawisło nad horyzontem
powieki przymknięte
jak drzwi sypialni
gdy po dniu upalnym
ciało spoczynku pragnie
lecz chłodu wzroku, dotyku i szeptu
obawia się mimo rozgrzanego ciała
wystarczy lekki powiew firanki
co niesie zapach letniego wieczoru
na płatkach maciejki spoczywa namiętność
z kroplami rosy dreszczem nęci zmysły
Za wieczorną ciszą
przebieram dni kolejno
ojcze nasz
zdrowaś mario
obecność bożą
w lamencie
dostrzegam
gdy w skardze krzyczy
łzy na smutek nawlekam
oblekam złotem pamięci
oczy za szczęściem stęsknione
gładzą paciorki z czułością
korale ciążą
ozdobą lub jarzmem
w modlitwie codziennej
szeptem dotykam
spraw najwznioślejszych
sama
lecz nie samotna
a w lustrze dwa odbicia
za ścianą oddechy miarowe
zalotnym spojrzeniem szepcę
pomóż mi z kolią
kochanie
***
słońce pędzle w jeziorze zanurza o świcie
wiatr drogi szuka przez drzwi uchylone
ciszej gra melodia w uszach
vivaldim zatrąca
a partyturą nuty na drutach
skaczące
raz po raz rytm inny podają
a u mnie już spokój
i chłodu dreszcz gęsim piórem
na skórze
wiersze niewidzialną ręką
układa nieśmiało
jesień
Przemijanie
Poukładam uśmiechy
w szufladach z drewna sosnowego
co leśną żywicą pachnie
i drzewem niegdyś było
mimo starań by wszystko
miało swoje miejsce
wiem że spontaniczność
jest piękniejsza od porządku
porozwieszam wspomnienia
na sznurkach pamięci
co ku ziemi pod ciężarem
ugną się z pewnością
wiatr rozniesie je
na cztery świata
strony moich wierszy
palcami przewracam
i oczyma w głąb myśli
dotrzeć wciąż próbuję
przekonując wciąż siebie
że z czasem wygrywam
a on tylko szelmowsko
się śmieje
W pośpiechu
próbuję dotknąć czasu
ucieka z powiewem wiatru
we włosach
co drobiny lodu kryją
pod chemicznym strachem
przed starością
łapię krótki oddech
w pośpiechu
dłuższy chce by przystanąć
i myśli przywodzi
nie czas na myślenie
choć ono przychodzi
nieproszone
i błaga by spojrzeć w górę
a nogi twardo na ziemi
każą biec coraz prędzej
i nie patrzeć za siebie
bo po co...?
*
złoto opada powoli
między niebem a ziemią
myślą osiwiałą trzymane
którą mojra przetnie
gdy pamięci zbraknie
samotna ławka
w parku
cisza jesienią szeleści
pomarszczone wspomnienia
bruzdą biegną
na fotografii
pomiętej od uczuć
kropi deszcz
słoną wodą
za tymi których nie ma
lecz są nadal-
- odwieczny paradoks
źródło swoje
w tęsknocie
odnajduje
klatka
cień prętów przesuwa się
po twarzy
bo wbrew wszystkiemu
słońce nadal świeci
a jednak ciemno
chłodnymi myślami
owinięte młode
serce
w buncie szuka ucieczki
fascynacja czernią
lecz w lustrze
niezmienny błękit
w końcu i tak wygra
gdy odwróci się za siebie
i w dłoni rozgniecie
problemy
jak suszone zioła
doda je do uśmiechu
który nada smak
przyszłym dniom
cień zniknie
i tym razem
pociąg
padają słowa
rzucane od niechcenia
części garderoby
na fotela poręcz
przesiąknięte dniem
ciągłych walk
odjazdów i powrotów
pośpiesznych
i zwykłych spojrzeń
w korytarzu
przez szybę przedziału
słychać strzępy
niedomówień
rytmiczne pulsowanie myśli
w zaciśniętych
dłoniach
wszystko się zamyka
w odwiecznych cyklach życia
ten sam rozkład jazdy
ciągłe spojrzenia
i oczekiwania
w końcu chodzenie
pieszo
na kompromis
a nogi bolą
bo buty uwierają
przystań
zwinięte marzenia
pożółkłe
stęsknione wiatru
nadęte niegdyś
świeżym ściegiem
obszyte
pękate brzuchy
znikły jak
po narodzinach
została płaska
rzeczywistość
kołysanie biodrami
by zatrzymać podziw
słabym węzłem
do bólu
bo brzeg kamienisty
a wody w ustach
przybywa
czas rozwinąć
pragnienia
a może
lepiej chwycić
za wiosła
bo tak miało być
z pamięcią chciała walczyć
lecz nastawiała zmysły na oddech
powietrzem nasączonym jego obecnością
palcami badała ciepłe miejsca
wspólnych podróży w przyszłość
i choć wzrok trzymała na smyczy
zrywał się i biegł za okno
skulony zawodem wracał
do pustych śladów odcisków bytności
próbowała jeszcze wyłowić
naprężając puste żyły szyi do bólu
odgłos kroków znajomych przegrał z ciszą
złożyła głowę w dłonie
dwa klucze spadły z łoskotem
na ziemię
(spojrzenie lekko dekadenckie choć niekoniecznie…)
wieczni odyseusze po pustyni milionów
serc i dłoni wyciągniętych do brania
nieustanny ból oczu bez powiek
dzień czy noc bez znaczenia
brak szans na jutro wszystko ponad nimi
cóż że głowy spuszczone ku ziemi
ona kręci się uparcie
zło rozlane padaniem kwaśnych słów
wsiąka w patrzenie w przyszłość
wypala nadzieję kikutami sterczy
na twardej ziemi trudno zasiać marzenia
targane podmuchem ciagłych odejść
i powrotów upadły gdzieś wdeptane
w miejsca po kałużach i zmieszane z błotem
przewrotnie czekają na suszę
która przynosi spękane usta
z wilgotnych dłoni wypływa niepewność
słoną kroplą
nie ugasi pragnienia
herbata zielona jak nadzieja
liczą się tylko
głosy za ścianą
wtedy samotność
odchodzi na chwilę
w siwym westchnieniu
mieszka wciąż obawa
że słuch zawiedzie
pozostaną wtedy
ukradkowe spojrzenia
zza dzierganej firanki
i ciągłe czekanie
na głos dzwonka sąsiadów
z każdym drzwi trzaśnięciem
zbliża się i oddala radość z odwiedzin
które już przeszłością
nadzieja ulatuje z chińskiej porcelany
wonnym aromatem zielonej herbaty
kolejny raz wystygła
kiedyś dorośnie
zamykam dotykiem
słowa
zbędne
bo pod palcami
blond uczucia
serce wyściełają
delikatnym spojrzeniem
dziergam miłość
a na niej
maleńka śpi obawa
cichym westchnieniem
gładzę moje szczęście
by jej nie zbudzić
|