Ziemia
Przybierała imiona cyprysów i jutrzni, w krwawych rydwanach wschodów
Zdobna w rdzawy rumieniec, wzdychała, a pod niebem
Flandrii i Mazowsza, Tasmanii i Maskareny, przefruwały te same
Chyżolotne ptaki. Z gwiaździstego piernatu snop świetlisty upadał
Komety, jednakowo wszystkim niewiadomej.
Złote ogrody Świata pęczniały pokorne, wierne prawom natury
I zrzucały rumiane pociski owoców. Trzeszczały stulistnymi
Ramionami, gdy z piskiem dzieci bosostope
Przybiegały, migocąc barwami skór, aby podnosić słodycz
I układać ją w koszach.
W Nilu, w Wiśle, w Loarze, w Lenie czy w Limpopo
Kobiety obmywały ciała z soli potu, wchodząc w nurt
tak podobnie. Rodziły i zasypiały pełne łaski istnienia. Obojętne na gorycz,
przeciwności losu, jak ławice srebrzyste cierpliwie płynące
przez zatoki i rzeki
w akwen ostateczności.
Zwierzęta czujne, wietrząc, pochylały głowy – kluczyły, poszukując dróg
Do wodopojów. Wciąż gotowe do skoku – drapieżne, bezgrzeszne. Wiatr
Im sierść rozczesywał, rzucając w ślepia kurz.
Kołysały się morza jak kolebki glonów, ośmiornic i kałamarnic, zgodnie
Z ruchem lodowców.
Po obu stronach globu śnienie, rozpacz, podboje i szlaki chyżolotnych
ptaków – blizny powietrza.