Poniedziałek, sierpień 30. 2010
Ręce powykręcane pod ciężarem pokoleń
chylą się ku ziemi z dnia na dzień – znać po nich
cierpliwe macierzyństwo oraz młodość gibką –
blizny po zacięciach, złamania źle zrośnięte…
Pomarszczoną skórę obnaża haniebna łysina –
bez okrycia, podparcia raz po raz drżą z zimna
w podmuchach jesiennego wiatru – sylwetki przygarbione
nad zamarzniętą miedzą: staruszki znajome – jabłonie.
Środa, sierpień 4. 2010
dzisiaj
ikebanę Ci ułożę
tak
jak umiem
z kwiatów konwaliowych
ust i palców
wykrzykników
na dywanie nas rozsypię
a od siebie wieczór
noc
nim zaśniesz
zapamiętaj jak najlepiej
rano
ikebana z marzeń zgaśnie
zwiędnie
powoli
powoli
i boleśnie
upadałeś Mistrzu na kamienie
szczęście...?
bo wychyliłeś się nie po nieśmiertelność przecież
ale żeby spojrzeć w Jej twarz
jeszcze
powiedzieć
powoli
powoli
ikebanę Twoją kończę
tak
inaczej nie potrafię
ikebanę ze słów
z wspomnień
naszą układankę wspólną
ślad każdego dnia
bo ja
też się mogę nie obudzić
jutro
Sobota, lipiec 24. 2010
zaskoczona
tyle tylko wyczytałem z Twojej twarzy
gdy otworzyłaś drzwi
zbyt wiele czasu upłynęło
byś była w stanie przypomnieć sobie wszystkie brzmienia gromów
szykowanych na ten moment
bez słowa zaprosiłaś mnie do środka
w jasną ziołami pachnącą werandę
gdzie wśród aromatycznego szelestu szukałem macierzanki
to jedno pamiętałem z Twoich marzeń
które rosły z każdym dniem
napełniając się coraz śmielszymi szczegółami
więc nim przemknęła krucha chwila nadziei
że odnajdę te znajome wymyślane wspólnie
utopiłem wzbierające słowa w pocałunku
a Ty struchlałymi ustami nie umiałaś wyrzec się ani mnie
ani tamtych trzech właśnie trzech od zawsze upragnionych par zdumionych oczu
które wtedy dostrzegłem zza ażurowej zasłony rudych włosów
i nawet jeśli on zrozumie że wyszedłem tylko na chwilę
że naprawdę nie mieli nigdzie w okolicy
to przecież dzieci nie wiedzą jak smakowały anyżkowe cukierki
Czwartek, lipiec 22. 2010
czy to coś znaczy
trzy szare sylwetki
w porannym deszczu
równy krok
czy to coś znaczy
noc i dzień dzień i noc
zawsze
poparzeni ogniem
i smagani wiatrem
czy to jeszcze coś znaczy
czy strażnicy wspomnień
czy myślą
by tylko
zejść z warty bliźniaczej
Warszawa '08
Niedziela, lipiec 18. 2010
Twoje ręce wspominam –
niecierpliwe, wciąż chętne,
wciąż gorące…
Moja naga skóra
nabierała ciepła od nich
do końca
nieskończoności,
aż wieczność pękła…
Kiedy wrócił czas,
znów mogło być potem,
więc potem leżeliśmy,
żeby odpocząć…
Pamiętam wtedy Twój szept,
że nikt jak ja,
że oczy i nos,
że śmiech i że dreszcz,
że zawsze my dwaj…
Wtorek, kwiecień 13. 2010
Czarne wydania gazet
o zapachu stearyny –
zdjęcia, hołdy, kondolencje.
Wyważone słowa,
to nie jest miejsce na pokrętne domysły –
redakcja łączy się w pamięci,
współczuje rodzinom,
pomaga zapełnić pustkę, chce chronić przed chłodem,
a że słowa nie oddają, nie mogą,
wynajduje operatora, który zagrantuje kontakt z psychologiem
i firmę o równie wiosennej nazwie, która postara się
ocieplić cokolwiek.
Wstrętne jest jednak działanie
producentów dietetycznej kawy –
zamieszczają reklamę, bo boją się, że ludzie zapomną o ich produkcie,
bo przecież żałoba – nie śpi się, nie tyje.
12 kwietnia '10
Niedziela, kwiecień 11. 2010
Lekcja historii, rocznica, film.
Wystarczy data.
Trafisz na archiwalne wydania dzienników,
świadków,
listę ofiar.
Opowiedzą Ci,
że to dokładnie wtedy, kiedy odszedł papież,
że symboliczne miejsce
i kwiat.
Że samolot był stary i to hańba,
że we mgle zawadził o drzewo.
Że pilot, lotniska,
dlaczego.
Przypomną ciemne chmury,
które toczyły się tego dnia przez kraj
i kwietniowy grad.
Wytłumaczą, że zgodnie z konstytucją
i wszystko będziesz wiedziała.
Tylko że nikt nie opisze, a konstytucja nie przewiduje
tych chwil, kiedy prezydent już nie był prezydentem
a jedynie dłonią ostatecznie ściskającą miłość.
Sobota, kwiecień 10. 2010
Gdzieniegdzie jeszcze żyją...
Weekend - powoli
śmierć wdziera się w życiorys.
Piątek, październik 2. 2009
Jesienna noc – jaka jest?
Kiedy drogę moczy deszcz?
Gdy krąg światła przy latarni
kończy się gdzieś w trawie nagle?
Gdy mkną krople w zimnym mroku?
Kiedy z sadów niesie popiół?
Kiedy ziemia od pól pachnie?
Drzewa roztańczone z wiatrem
akompaniującym szeptem
pieszczą pędzące powietrze?
Gdy kontury czarne koron
dumnie wznoszą, wdzięcznie kłonią?
Kiedy przesłaniają Księżyc
chmury, gdy po niebie biegną?
I kiedy wsiąkają w ziemię,
gdy w kałuże się zamienią…?
Jesienny świt – jaki może być,
gdy ziemia tuli się do mgły?
Zostań – opowiem Ci…
Sobota, wrzesień 26. 2009
ewie
nie wdepnij w rynsztok
a jeśli wdepniesz to się upierze
po alkoholu ça ne compte
nie wdepnij w rynsztok
uparty głos
to chyba dusza szarpie za kołnierz
a on nad krawędzią
niepewny krok stawia
raz bliżej duszy raz na prawo
lecz duszo - jedno słowo - powiedz mi
dlaczego Ty go nie zostawisz
niech idzie wyrżnie głową w chodnik
tak Ci z ciałem nie do twarzy
Niedziela, wrzesień 20. 2009
Krótkie spojrzenia na pomnik socjalizmu
w nowoczesnym mieście –
zdenerwowanie,
strach,
otucha,
złość,
zdziwienie,
duma,
rezygnacja…
Chyba tylko ja nic nie czuję.
Dziś się nigdzie nie spieszę.
Warszawa, lato ‘08
Wtorek, wrzesień 15. 2009
Jak wczoraj liście więdną,
drzew się łamią gałęzie,
a pod lasem za miedzą
chałupki stoją w rzędzie.
Śród chatek mgła się wznosi,
ze strzech skapują krople,
między dachami kościół,
cisza, wokół nagrobki.
A ludzie przed ołtarzem
modlą się, śpią i we śnie
marzą, że w niebie zaraza
zabija bezboleśnie.
Piątek, wrzesień 11. 2009
Wracałem od wujka. Pamiętam,
jakbym go dziś ujrzał:
szedł przez złotokłoski cmentarz
wolno, między krzyże.
Patrzyłem na niego chwilę:
siwy, stąpał ostrożnie,
znicz jeden do piersi tulił
czerwony. I minął mnie.
Wieczorem cmentarz zapłonął.
W tej stronie, gdzie las bliżej,
lampkami groby rozświetlone,
ciemniej, gdzie spróchniałe krzyże.
I znalazłem ich. Klęczeli
nad mogiłą przedwojenną,
znicz już dawno się wypalił,
obok – jego ciało stygło…
Jedna dłoń zapałki trzyma,
druga jeszcze miotłę ściska,
w stertę liści się osunął
tuż przy ławce… jakby przysnął…
Poniedziałek, wrzesień 7. 2009
Ale przecież my mamy lasy złociste –
kraj bursztynowy w stygnącym słońcu,
które niemalże krzepnie w liściach,
w konarach dębów, w brzóz wiotkich gałązkach…
I jesień wonną – tchnienie pustyni;
przecież my znamy wiatru w łopocie,
i w chmur wędrówce, i w drzew trzeszczeniu
tańca majestat i proste kroki…
Przecież my wiemy jak lot wygląda,
gdy senną ziemię opuszcza czapla…
Dlaczego udajesz, że umiesz zapomnieć
muśnięcie ciepła, gdy deszcz zamarza?
|